logo
 

Frak you, czyli po BSG

27 08 2010 20:37

Battlestar Galactica

Wczoraj skończyłem czwartą serię tegoż serialu. O zarysie fabuły wspominałem ostatnio, powtarzać się nie będę, czas więc na opis wrażeń.
Na początku było średnio – nasłuchałem się o BSG dużo dobrego i przez to moje oczekiwania były dość wysokie. Stosunkowo mało efektów na początku bardzo mnie zaskoczyło. Nastawiałem się na więcej akcji, a mniej rozmów. Nie mówię, że poczułem się zawiedziony, ale spodziewałem się czegoś innego. Oczywiście nie znaczy to, że walk zarówno kosmicznych jak i na pokładach statków nie ma – po prostu myślałem, że będzie ich trochę więcej.

Przez większość czasu mamy do czynienia z modelem znanym z wielu innych seriali/anime, czyli “X tygodnia”. W przypadku shounenów jest to “potwór”, w Housie w każdym odcinku śledzimy inną chorobę. Tutaj motywem przewodnim był “kryzys”. Problemy z którymi borykała się flota były przeróżne – od rebelii przez epidemię, z obowiązkowymi atakami Cylonów, mniej lub bardziej niespodziewanymi. Wygląda to momentami dość zabawnie, bo widz ma wrażenie, że absolutnie nic nie ma szans działać jak powinno, a załogę dręczy wieczny pech.
Po jakimś czasie okazuje się, że fabuła jest dużo bardziej złożona, niż mogłoby się na początku wydawać, chociaż w samej strukturze zmian nie ma właściwie aż do końca. No, może przy zbliżaniu się do finału pojawia się więcej historii podzielonych na kilka odcinków. Do tego w czwartym sezonie widać zdecydowane zwiększenie ilości i poprawę jakości efektów specjalnych, spowodowane zapewne zastrzykiem funduszy.

To co sprawia, że w ogóle warto zaprzątać sobie głowę BSG są postaci. Barwne, ciekawe – w dodatku skład dramatis personæ przez całą serię pozostaje “w miarę” niezmieniony, więc mamy dużo czasu, żeby ich lepiej poznać i polubić (lub w przypadku niektórych – znienawidzić). Moim zdecydowanym faworytem był komandor Adama – charyzmatyczny i nieustępliwy, ze swoim wiecznie zachrypniętym głosem idealnie nadawał się na przywódcę. W dodatku jako jedyna postać nie irytował mnie dziwnymi odchyłami, które przez wszystkie serie zdarzały się prawie wszystkim. Jeśli zaś chodzi o postać, której życzyłem szybkiego zejścia, zdecydowanie była to Ellen. Jakjajejniecierpię. Meh.

Jeśli lubicie SF, zdecydowanie polecam obejrzenie BSG. Cztery sezony po 20 odcinków (każdy trwa 40 minut) to nie aż tak dużo, jak może się wydawać. Do tego dochodzą dwa filmy (jeden to retelling, jeszcze go nie obejrzałem) i dwie serie dystrybuowane początkowo przez sieć, mające łącznie ~45 minut. No i trzygodzinny pilot. W razie czego do “frak” można się przyzwyczaić, chociaż całość zyskałaby na usunięciu tej dziwnej cenzury.

World of Warcraft: Cataclysm

No dobra, nie grałem w betę długo. Do tego większość czasu poświęciłem na latanie moim zaimportowanym magiem po starych krainach. Wycieczki krajoznawcze zdobycznym smokiem uświadomiły mi jedno. Gra kiepsko radzi sobie z wyświetlaniem dalekich terenów. Nie przypominam sobie, żebym w WotLKu miał z tym problem, tutaj niestety nieoteksturowane góry w oddali bardzo kłują w oczy (zasięg widzenia mam ustawiony maksymalny). Do tego majestatyczne lasy zdecydowanie nie wyglądają już tak majestatycznie, kiedy przelatuje się między koronami drzew. Co ciekawe, o ile można latać we wszystkich stolicach z podstawki, to w tych z TBC mount nie chce oderwać się od ziemi. Trochę szkoda, jestem ciekawy czy z czasem to zmienią, czy tak już zostanie.

Co ze zmianami w gameplayu? Ot, zmniejszono ilość oraz zmieniono sposób rozdzielania talentów. Na początku gracz wybiera drzewko i możne rozwijać inne dopiero po zainwestowaniu w pierwsze określonej ilości punktów. Wydaje mi się, że to zmiana na lepsze – część talentów wcześniej była niepotrzebna, a tak całość jest łatwiejsza do ogarnięcia. Co do “przesadnego uproszczania systemu” i jego “ograniczania”. Bądźmy poważni, wcześniej było kilka “poprawnych” buildów, z których korzystali gracze, a odstępstwa od nich godziły po prostu w przeżywalność/dps.

Kiedy znudziło mi się zwiedzanie starego świata postanowiłem sprawdzić nowe obszary do levelowania. Niestety mag utknął w podczas teleportacji i musiałem ponownie importować postać (gotowcami grać nie lubię). Po dotarciu na miejsce przy pomocy bardziej konwencjonalnego środka transportu, czyli mojej zaufanej rakiety, zabrałem się za questy. Niestety muszę zmartwić wszystkich, którzy mieli nadzieję, że Cataclysm będzie powiewem świeżości. Wszystkie 6 questów, były tym samym, co widziałem już setki razy. Zabij, przynieś, pogadaj z, przyzwij i zabij. Może potem jest lepiej, ale za daleko zapuszczać się nie zamierzam, aby w razie ewentualnego zakupu nowego dodatku nie robić drugi raz tego samego. Jeśli jednak sama formuła gry się Wam znudziła, nie znajdziecie tu zbyt wiele nowego. Chociaż trzeba Blizzardowi przyznać, że niektóre zadania na starych obszarach są po prostu genialne.

W moim przypadku ewentualne wsparcie mieszkańców Azeroth w odbudowie po kataklizmie zależy głównie od tego, jak spodoba mi się Final Fantasy XIV (a propos, nowy trailer).

Mass Effect

Pierwsze dwa podejścia skończyły się bardzo szybko i miałem zamiar nie tykać tego tytułu już nigdy więcej. Jednak chętką na SF spowodowana StarCraftem nie minęła, więc postanowiłem po raz ostatni wybaczyć ME dziwne sterowanie i snajperka szalejąca na zbliżeniu jak gdyby bohater był alkoholikiem. Gra ma dużo wad, z których, oprócz tych wymienionych przed chwilą najbardziej uciążliwe są odpowiednio:
- Zwiedzanie planet łazikiem, zajmujące więcej czasu niż jest to warte.
- Zarządzanie ekwipunkiem, czyli wywalanie/sprzedawanie tony przedmiotów po każdej walce.
- Zadanie dodatkowe będące potwornie monotonne.
- Bardzo ograniczona ilość miejsc w których odbywa się wymiana ognia.
- Strasznie wolne poruszanie się, w połączeniu z częstą koniecznością pokonywania dużych dystansów pieszo.
- WINDY! Albo raczej loading screeny w formie długich i częstych przejażdżek windami.

Do tego oprawa graficzna jest strasznie… Nużąca. Wyblakłe kolory, puste wnętrza – słowem nic ciekawego, chociaż taka stylistyka kojarzyła mi się trochę ze wczesnymi filmami SF. Niestety, w żadnym wypadku nie jest to zaleta.
Ogólnie ME jest tytułem średnim i stosunkowo krótkim. Gdybym miał wystawić ocenę w skali 1-10, mogłaby dostać najwyżej 6. Niestety irytujące elementy często psują przyjemność z grania, a fabuła zdecydowanie tego nie wynagradza, gdyż nie wyróżnia się absolutnie niczym szczególnym.

ALE

Ukończenie ME1 pozwala na zaimportowanie swojej postaci do kontynuacji. Ma to wiele zalet, począwszy od bonusów do doświadczenia, surowców i funduszy, na mniejszych i większych skutkach naszych decyzji z części pierwszej skończywszy. Biorąc pod uwagę, że sequel jest od poprzednika o niebo lepszy zarówno pod względem systemu walki (bardziej strzelanka niż RPG), zarządzania ekwipunkiem (ograniczone do upgrade’owania broni, sprawdza się super), jak i grafiki. Aż nie chce się wierzyć, że to (ponoć) ten sam silnik.
Ogólnie wydaje mi się, że warto poświęcić te 20 godzin z hakiem i “przemęczyć” pierwszą część, aby móc w pełni czerpać przyjemność z Mass Effect 2. A może po prostu marudzę i jedynka nie jest taka zła? Przekonajcie się sami, można ją obecnie dorwać za bezcen w różnych sklepach.

Ciekawostka:

Jeśli mucha straci przytomność po zbyt długim przebywaniu w wodzie (ale nie zdąży się utopić) można ją ocucić posypując ją solą kuchenną. Stanie się tak ponieważ NaCl wchłonie wodę blokującą kanaliki oddechowe owada.

Zapytania:
www.simsy1 nowe odcinki.pl
avki site dziewczyna jak dziewczyna całuje chłopaka
blur split-screen jak podłaczyc pada Przed włączeniem gry, szybko i sprawnie.
co wziąć na emo sesje Nowe fabularne RPG?
grypokamonuw
grypokmonuh
idea samuraja w gwiezdnych wojnach praca magisterska miecz świetlny
pewna wersjia gry bejeweled dowland Kup już dziś – “Bejeweled Downland”!
pistolet na strzałki usypiające cena
via della conciliazione mussolini piacentini Wait, what?
włoska gra bachi

.Incepcja//Shrek(4)

24 08 2010 19:58

Tym razem głównie filmowo. Będąc na świeżo po obu wymienionych w nazwie notki tytułach, postanowiłem podzielić się wrażeniami. W podsumowaniu Incepcji będzie dość dużo spoilerów, więc jeśli jeszcze jej nie widzieliście czytacie na własną odpowiedzialność. Na koniec zaś krótkie podsumowanie Cyfrowych marzeń.

Shrek Forever After

Ponoć to ostatnia część serii o przygodach zielonego ogra. Po jej obejrzeniu mogę stwierdzić tylko – całe szczęście. Film właściwie nie jest zły, ot po raz kolejny mamy intrygę, gdzie stawką jest bezpieczeństwo całego baśniowego świata, żarty w znanych nam dobrze klimatach i… Tyle. Nowy “zły” nie zaskakuje, chociaż ma parę zabawnych momentów. Niestety humor całości nie robi na widzu takiego wrażenia jak kiedyś. Ot, przejadł się, szczególnie że po sukcesie pierwszej części wiele animowanych filmów 3D podchwyciło ten sposób bawienia widza i bardzo go wyeksploatowało.
Jeśli bardzo stęskniliście się za Shrekiem, Osłem, Fioną, Kotem w Butach i całą resztą – oglądajcie śmiało. Mnie trochę znudził, ale mogło być dużo gorzej.

Zresztą, na pewno nakręcą sequel albo spinoff. Nie zabija się przecież kury znoszącej złote jajka.

Incepcja.

Wszystkie opinie o tym filmie, które widziałem i słyszałem przed wybraniem się do kina były pozytywne. Naprawdę. Ba, najgorsza sprowadzała się do “Memento było bardziej pokręcone”. Nastawiałem się więc na megahit, który wciśnie mnie w fotel i będzie mnie tam trzymał mocno przez całe dwie godziny seansu.
Niestety, zawiodłem się.
Być może przyczyną był ból głowy męczący mnie tego dnia od rana – na pewno nie ułatwiał wczucia się w sytuację bohaterów na ekranie. Kto wie.
W skrócie podsumuję, co mi się nie podobało:
Primo, sieczka. Strzelaniny, bardzo dużo strzelanin. Na dodatek wykonanych moim zdaniem zupełnie bez polotu. Ot, puszczają serię za serią w swoje samochody i nic z tego nie wynika. Do tego bohaterowie nie chcąc, by projekcje podświadomości śpiącego ich zaatakowały (chociaż byli atakowani cały czas) nie wpływają świadomie na świat snu. Nie wiem co gorszego mogłoby się przez to stać, ale nieważne. Boli mnie trochę, że w filmie, gdzie główny nacisk powinien być postawiony na mieszanie w głowę widza, tak duży fragment zajmowała akcja. Przez małe a.
Zaskończenie do przewidzenia od pierwszych minut filmu, ale jak zauważyła Irian na forum Tanuki – jeśli głównym tematem jest swego rodzaju “rzeczywistość wirtualna”, ciężko spodziewać się czegoś innego niż pozornie dwuznaczne zakończenie.
Problemy Cobba związane z byłą żoną również wydały mi się… Miałkie? Mało poruszające? Nie czułem ani krzty współczucia, chociaż może ciężko winić za to twórców. Wydaje mi się, że tu z kolei powodem jest oglądane obecnie Battlestar Galactica. Co serial SF ma do Incepcji? Genialnie skonstruowane postaci, pełne wątpliwości, stawiane często w krytycznych sytuacjach. Postaci zarysowanych na tyle umiejętnie, że Cobb i jego “moja żona zginęła przeze mnie” wydał mi się po prostu nudny.
Starając się spojrzeć na Incepcję w miarę obiektywnie, muszę przyznać, że nie jest to film zły. Ba, nie dziwię się, że niektórzy uważają go za bardzo dobry – ma wszystkie elementy, które mogą go jako taki zakwalifikować, a reszta sprowadza się do gustu. A jak mawiano – De gustibus non est disputandum. Co jest moim zdaniem głupotą. Chociaż ponoć sentencja ta tak naprawdę znaczy, że to co piękne nie podlega dyskusji. Mniejsza o to.

Cyfrowe marzenia: Historia gier komputerowych i wideo

Właśnie skończyłem tę jakże pouczającą lekturę. Jest to chyba jedyna dostępna po polsku pozycja opisująca w miarę dokładnie historię rynku growego i polecam ją wszystkim, których temat ten interesuje. Szczerze mówiąc myślałem, że moja wiedza o grach jest dość szeroka, ale dopiero czytając Cyfrowe marzenia zdałem sobie sprawę, jak duże braki mam, jeśli chodzi o “prehistorię”, czyli lata 70-80. Fakt, wiele z głośnych tytułów znałem, ale nie miałem bladego pojęcia o dokładnej sytuacji na rynku. A ta jest opisana jest tu bardzo, bardzo dokładnie. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że “za” dokładnie, gdyż całość przypomina książkę do historii – dużo nazwisk, dat, nazw firm. Łatwo się w tym pogubić, a co gorsza – znudzić. Sam jestem zdziwiony, jak dużo czasu zajęło mi przebrnięcie przez tę publikację, mimo że poruszana w niej tematyka znajduje się właściwie w centrum moich zainteresowań. Tak czy inaczej potem jest trochę lepiej – poziom spada znacząco dopiero pod koniec, przy opisie wydarzeń w latach ~2000-2009. Wszystko potraktowane jest bardzo skrótowo, jakby autorowi kończyło się miejsce. Pominięto część ważnych wydarzeń, inne opisano bardzo pobieżnie (np. złamanie PSP zostało wypunktowane, a będące dużym problemem dla Nintendo złamanie DSa zignorowane). Do tego polot wyparował gdzieś przy wchodzeniu w tę nowoczesność – ostatnie 50 stron czytałem niejako z musu. Zapewne spowodowane jest to faktem, że wszystko co tam przytaczano było mi znane – są to czasy, kiedy byłem już na bieżąco z informacjami dzięki dobrodziejstwom internetu.
Z pozostałych wad na pewno trzeba wspomnieć o gramatyce, składni i przeróżnych błędach. Korekta i redakcja zdecydowanie się nie popisały, a szkoda bo książka trochę na tym traci.
Do tego ilość i jakość zrzutek – abstrahując od jakości (małe, czarno-białe i często ciężko dostrzec na nich cokolwiek), jest ich po prostu bardzo mało.
Pomimo tych wszystkich wad książkę tę mogę polecić wszystkim fascynatom elektronicznej rozrywki, którzy chcieliby dowiedzieć się o swoim hobby czegoś więcej.

W następnym odcinku:
Mass Effect, wrażenia z całości Battlestar Galactica oraz bety WoW: Cataclysm.

Ciekawostka:
Samce pingwinów cesarskich potrafią przeżyć 2 miesiące bez jedzenia. Samica po złożeniu jajka wyrusza na żerowisko do oceanu i wraca po mniej więcej 60 dniach. W tym czasie samiec “wysiaduje” jajko, ogrzewając je w fałdzie skóry brzucha. Pożywia się dopiero, gdy jego partnerka wraca.

What the frak?

14 08 2010 01:43

Pierwsze rzeczy pierwsze – w tym roku niestety nie udało mi się otrzymać stypendium na roczny wyjazd do Japonii. Zważywszy na sposób, w jaki zdałem część pisemną, nie mogę powiedzieć, żebym był jakoś strasznie zdziwiony. Żałuję tylko, że kazali nam czekać tak długo, bo to przez ostatnie 3 tygodnie, kiedy byłem pewien, że w każdej chwili mogą podać wyniki, zacząłem sobie robić nadzieję. No ale nie ma tego złego – chociaż z drugiej strony nie odpoczniecie ode mnie na rok. Trochę mi Was żal…

Drugą niewesołą rzeczą, która niedawno mi się przydarzyła, była strata wszystkich danych z partycji poza systemową. Tym skutkuje nieuważne otwieranie spakowanych plików i chęć przedarcia się jak najszybciej przez znajdujące się w nich zagnieżdżone foldery. Strzeżcie się plików .exe nawet z zaufanych stron, bo jeszcze spotka Was to, co mnie. Na szczęście wśród utraconych plików nie było niczego szczególnie ważnego i większość zbiorów udało mi się już odtworzyć.

Tyle emo, teraz do rzeczy. Dziś będziecie mogli poczytać o wrażeniach z 1,5 serii Battlestar Galactica, Scott Pilgrim vs. The World: The Game oraz pierwszych dwóch tomów Hyperiona Dana Simmonsa i Odnaleźć swą drogę Aleksandry Rudej.

Ale najpierw…

StarCraft II

Tryb dla jednego gracza skończyłem już jakiś czas temu (na normalu, plus część misji na hardzie dla achievementów), łącznie ze zrobieniem wszystkich Challenges na złoto. Kosztowało mnie to trochę nerwów, ale wszystko da się zrobić. Obecnie bawię się głównie w multiplayerze i idzie mi chyba całkiem nieźle jak na całkowitego RTSowego nooba.
Jeśli chodzi o przelicznik ceny gry na zabawę, którą oferuje, wydaje mi się, że SC2 był pod tym względem moją najlepszą inwestycją od ładnych paru lat.

Battlestar Galactica

Zarys historii w skrócie – ludzie stworzyli roboty (Cylony), te się zbuntowały, uciekły i po X latach wróciły i zaatakowały wszystkie planety zamieszkane przez swoich byłych panów praktycznie wybijając ich w pień. Wszystkich? Nie, bowiem gdzieś tam w kosmosie wisi sobie statek który kpi z najeźdźców, bo jego systemy pokładowe nie są spięte w sieć, więc nie da się ich wyłączyć jednym sygnałem.
Całkiem ciekawa space-opera, której największą zaletą są postacie. Niektóre się uwielbia, innych nienawidzi, ale każda ma do opowiedzenia jakąś historię oraz bardzo często zupełnie nieoczekiwany wpływ na późniejsze wydarzenia. Dodatkowo związki między poszczególnymi osobami nieustannie się zmieniają, w większym lub mniejszym stopniu. Całe szczęście, że twórcy nie zdecydowali się na zabieg robienia z jednej postaci bohatera przewodniego pojedynczego odcinka, po którym staje się jedynie statystą. Z czystym sumieniem mogę ten serial polecić wielbicielom sci-fi.

Pisząc o BSG nie można nie wspomnieć o najbardziej chyba charakterystycznym elemencie serii, czyli słowie “frak”. Jak można się domyślić, jest to “ocenzurowana” wersja słowa fuck. Nie wiem jak innych, ale mnie jest jedynie idealnym rozładowaniem napiętej atmosfery, kiedy postaci krzyczą na siebie etc. – praktycznie zawsze zaczynam się wtedy śmiać. No bo jak brać na poważnie wypowiadane w gniewie “don’t frak with me” albo “motherfraker”…

Scott Pilgrim vs. The World: The Game

Zapowiadało się super – chodzona bijatyka w starym stylu w retro oprawie, w dodatku z trybem kooperacji nawet do czterech graczy jednocześnie na jednej konsoli. Do tego całkowicie oparta na bardzo dobrym komiksie zawierających wiele nawiązań do przeróżnych gier. Co z tego wyszło? Dokładnie to, co powinno.
To dobra gra, w przypadku zabawy w czwórkę nawet bardzo – wszystko działa jak powinno i jest takie jak pamiętam z wszelkich tego typu tytułów, które lata świetności mają już za sobą.
Niestety dotyczy to również wad gatunku – po trzech godzinach pokonywania kolejnych hord przeciwników miałem dość. Bynajmniej nie w sensie “więcej tego nie tknę” -po prostu czułem, że muszę zrobić sobie przerwę, najlepiej trwającą przynajmniej jeden dzień. Z drugiej strony, ile nagrałem się w tego typu nawalanki w ciągu gimnazjum to moje – czasem sam się sobie dziwię, że potrafię jeszcze patrzeć na tego typu gry.
Jeśli macie grupę znajomych i cztery pady, logujcie się do PSNu i kupcie Scotta, to tylko 36 zł. Macie wątpliwości? Ściągnijcie demo, które jest pierwszym etapem (dalej tam nie doszedłem) – da się chyba nawet grać w parę osób.

Hyperion

Szał na ten cykl minął chyba jakiś czas temu, bo obecnie dorwanie poszczególnych części bez korzystania z księgarni internetowych jest dość trudne (w zależności od miejsca zamieszkania). W ostatniej notce pisałem o wątpliwościach, czy w ogóle kończyć pierwszy tom, a obecnie jestem już po lekturze drugiego. Fakt, wahałem się bodaj dwa dni nad jego zakupem, ale w końcu zwyciężyła ciekawość. Czy żałuję? Ani trochę. Był to kawał solidnego science fiction i szczerze przyznam, nie pamiętam kiedy ostatnio książka w takim stopniu mnie wciągnęła. Co prawda pisałem ostatnio, że cały cykl ma aż 4 części, ale pozostałe dwa zostały napisane później i zdania na ich temat są bardzo podzielone. Poza tym, po zakończeniu w tomie drugim, sugerującym że to właśnie ma być koniec, nie mam ochoty zapoznawać się z wyjaśnieniami absolutnie wszystkich tajemnic, których rozwiązanie autor zostawił pierwotnie wyobraźni czytelników.

Odnaleźć swą drogę

Kolejna po wspomnianej już kilka razy Wiedźmie powieść, której główną bohaterką jest nastolatka zamieszkująca świat fantasy i uczęszczająca do magicznej szkoły wzorowanej na wyższej uczelni. Na settingu jednak podobieństwa się kończą. Owszem, jest to właściwie merysuł, ale bardzo strawny – smaczny wręcz. Przygody Olgi tak mnie zaciekawiły, że nie mogę doczekać się niezapowiedzianego wciąż tłumaczenia kolejnych dwóch tomów.

Cyfrowe Marzenia: Historia gier komputerowych i wideo

Nie planowałem zakupu tej książki – ba, do bodaj przedwczoraj w ogóle nie wiedziałem o jej istnieniu. Po przeczytaniu paru newsów i krótkiej recenzji postanowiłem jednak nabyć egzemplarz, gdyż na wszelkich growych stronach informacyjnych pozycja ta była zgodnie chwalona i polecana. Czymże są “Cyfrowe Marzenia”? Jak wskazuje druga część tytułu – to zawarta na ~350 stronach historia przemysłu rozrywki elektronicznej. Napisana w dość przystępny sposób nie nudzi czytelnika. Warto sprawdzić, jeśli chcielibyście dowiedzieć się czegoś o rozwoju branży growej.

Final Fantasy XIV

Na pocieszenie zamówiłem sobie edycję kolekcjonerską Final Fantasy XIV. Niestety polskim dystrybutorem tej gry jest Cenega, co oznacza prawdopodobne obsuwy, problemy z dystrybucją, a może nawet (biorąc pod uwagę obecne informacje) brak EK w naszych sklepach. Nauczony doświadczeniem z premiery FF XI postanowiłem od razu zamówić najnowszą sieciową część serii FF online. Większość znajomych wybrała game.co.uk, ale okazało się, że nie wysyłają wydania kolekcjonerskiego poza granice kraju, z powodu jego wagi. Na szczęście zapamiętałem polecony mi przez parę osób sklep shopto.net i swoje zamówienie złożyłem tam. Mam nadzieję, że nie będzie żadnych problemów z jego dostarczeniem.

Co do samego czternastego Finala, właśnie trwa faza 3 bety. Zniesiono NDA, ale na wrażenia i screeny poświęcę osobny wpis. Gdyby ktoś był zainteresowany wypróbowaniem gry, spieszę poinformować, że planowana jest open beta. Niestety, na chwilę obecną brak jest szczegółowych informacji na ten temat.

Ciekawostka:
Typowy ołówek wystarcza na zapisanie 45 tysięcy (!) angielskich słów lub narysowanie linii mającej 35 mil.

PS: Jakiś czas temu pisałem, że nie będę linkował bloga Lilii, dopóki go (znowu) nie wskrzesi. Jako, że parę dni temu pojawiła się tam nowa notka, czuję się w obowiązku zareklamować ją, aby powrót nie okazał się jedynie pośmiertnymi drgawkami.

Filmowo-kosmicznie

01 08 2010 23:33

SC II

Kampania StarCrafta II ukończona. Co prawda na normalu, a i tam 3 achievementów mi zabrakło, ale tym zajmę się później. Niestety mój teammate do 2v2 wyjechał na dwa tygodnie, więc nie pozostaje nic innego jak spróbować swoich sił w wielce stresującym 1v1 – życzcie mi szczęścia, bo szczerze mówiąc na więcej niż brąz nie liczę… Chyba, że wcześniej pobawię się w przygotowujące do multiplayera “wyzwania”, które mają na celu wyćwiczenie counterów na jednostki, zmasterowanie micro-managementu itp.
Co do wrażeń z trybu dla jednego gracza – bardzo mi się podobało, szczególnie misje “rpgowe”. Jeśli chodzi o fabułę, to cóż, na nic więcej niż space opera nie liczyłem, chociaż mam wrażenie że pierwsza część StarCrafta była dużo bardziej mroczna. Nic więcej nie powiem, gdyż nie chcę spoilerować.

Jako, że weekend to bardzo leniwy czas, ten poza integrowaniem się z rodziną poświęciłem głównie na SC2, filmy i książki (nie żebym od początku lipca często robił coś innego, ale warto pamiętać, że wakacje ogólnie są bardzo leniwym czasem), dziś krótkie podsumowanie tego co widziałem i czytałem.

Hyperion

Czując zmęczenie fantasy i powstałą w wyniku długiej styczności ze StarCraftem postanowiłem powrócić na jakiś czas do science fiction. Przypomniało mi się, że stosunkowo niedawno na forum Tanuki stosunkowo dużą popularnością cieszył się cykl Dana Simmonsa, którego pierwszym tom to Hyperion, więc postanowiłem zaryzykować.
Cała historia obraca się wokół pielgrzymki do Grobowców Czasu, którą siódemka głównych bohaterów ma odbyć, by uspokoić Chyżwara, będącego wszechmocnym-nie wiadomo czym siejącym śmierć i zniszczenie. Jako, że postaci spotykają się po raz pierwszy, a podróż zapowiada się na niebezpieczną, w celu zwiększenia swoich szans przeżycia postanawiają opowiedzieć sobie historię mogące mieć związek z tym, czemu to właśnie oni zostali wybrani na pielgrzymów. Więcej odnośnie fabuły zdradzać nie zamierzam.
Jestem na razie w połowie i muszę przyznać, że pierwsza historia zrobiła na mnie tak duże wrażenie, że zamierzałem odłożyć książkę na półkę i zapomnieć o tym, że ją kupiłem. Wbrew pozorom, nie znaczy to wcale, że było źle, wręcz przeciwnie. Dołujący i trochę przerażający obraz zarysowany w niej sprawił, że poczułem dość mocny dyskomfort. No ale z jakiegoś powodu nie oglądam/czytam thrillerów i horrorów. Druga i trzecia, które skończyłem dziś były na szczęście łatwiejsze do przełknięcia i całkiem prawdopodobne, że skończę całą książkę, a nawet cały, czterotomowy cykl. Wszystkim miłośnikom sf zdecydowanie polecam.

Austin Powers i Złoty Członek

Wczoraj podczas seansu Mystery Men (o którym za chwilę) przypomniało mi się, że nigdy nie widziałem zakończenia trylogii filmowej o jednej z popularniejszych parodii agenta 007. Poprzednie części widziałem na początku gimnazjum albo nawet pod koniec podstawówki i o ile dobrze pamiętam, podobały mi się. Humor nie powalał głębią, ale wystarczyło podchodząc do tych filmów z niezbyt wygórowanymi oczekiwaniami i można było całkiem nieźle się bawić. Trójka niestety zawiodła mnie na całej linii. Fabułą wygląda jak pomieszanie z poplątaniem, a widz odnosi wrażenie, że scenarzyści nie mogli być trzeźwi podczas wykonywania swojej pracy. Dziwne przeskoki, brak logiki i tragiczne wręcz gagi – rozbawił mnie chyba tylko ten.
Nie polecam zdecydowanie – żałuję czasu poświęconego na oglądanie.

Mystery Men

Komedia ze Stillerem, wpasowująca się całkiem dobrze w popularny ostatnio nurt filmów o niebohaterskich bohaterach. Niestety po raz kolejny boleśnie przekonałem się o tym, że rodzaj humoru, który ten pan sobą reprezentuje, zupełnie do mnie nie przemawia. Z drugiej strony spotkałem się też z pozytywnymi opiniami o tym tytule, więc to chyba kwestia gustu. Cała historia obraca się wokół grupy pseudobohaterów, którzy jak się okazuje są jedynymi mogącymi uratować Kapitana Wspaniałego, porwanego przez arcyłotra Casanovę Frankensteina. Film wyśmiewa różne znane z komiksów o superbohaterach motywy, jak na przykład sekretna tożsamość, ale robi to w sposób zdecydowanie mało porywający. Do tego zdecydowanie nadużywane jest ujęcie na twarz, będące dominującym w większości rozmów – nie wygląda to dobrze.

Kung Fu Panda

Przyznam, że nie przepadam za trójwymiarowymi bajkami, które od paru lat są bardzo popularne. Owszem, Shrek mi się podobał, ale już na przykład taki Madagaskar oprócz pingwinów nie miał do zaoferowania absolutnie nic ciekawego. W ramach poprawiania sobie humoru po dołującej lekturze postawiłem dać pandzie szansę i muszę powiedzieć, że ani trochę nie żałuję tej decyzji.
Po pierwsze Jack Black, podkładający głos pod tytułową Pandę pasuje do roli idealnie. Daje to o sobie znać szczególnie w intrze, będącym zdecydowanie najzabawniejszą częścią filmu. Nie oznacza to jednak, że reszta jest zła – fabuła co prawda nie wykracza poza standardowy film dla dzieci, ale walki zrealizowano bardzo widowiskowo. Naprawdę robi wrażenie. Kung Fu Pandę polecić mogę z czystym sumieniem każdemu, kto nie ma alergii na bajki – to naprawdę wart zobaczenia tytuł.

A w tym tygodniu prawdopodobnie wybiorę się na Incepcję. Zapowiada się smakowicie, co potwierdzają opinie, które czytałem – wahają się od “dobre” do “genialne”. Po powrocie z kina niezwłocznie (lub z parodniowym poślizgiem) zdam relację.

Ciekawostka:
W latach 1978-1995 automaty wydające różne produkty zabiły w USA cztery razy więcej ludzi niż rekiny.

Zapytania:
blur split-screen jak podłaczyc pada USB brzmi rozsądnie.
buster sword z literek
czym sie aktualnie zajmuje na nk emo Płacze z powodu małej ilości znajomych?
grypokmonuh
jak wytresować smoka okulary 3d
via della conciliazione mussolini piacentini
zmutowane potwory