Hell, it’s about time!
Ponieważ kilka osób pytało mnie o wrażenia ze StarCrafta II postanowiłem wychodząc naprzeciw ich oczekiwaniom trochę rozpisać się na temat najnowszego hitu Blizzarda.
Większość z Was zapewne kojarzy pierwszą część przynajmniej ze słyszenia – tak, to ta śmieszna gra będąca w Korei (Południowej) praktycznie sportem narodowym i z której wzięło się określenie Zerg rush. Żeby dłużej się nad sprawą nie rozwodzić – to SC1, a to SC2.
Na początku chciałbym odpowiedzieć na krytykę, z jaką spotkało się rozbicie kampanii na trzy gry, po jednej dla każdej z ras. Otóż w pierwszym StarCrafcie łącznie mieliśmy 30 misji, tutaj jest ich 29. Tyle jeśli chodzi o zarzuty na temat krótszego czasu gry. Same etapy są bardzo zróżnicowane i bardzo rzadko sprowadzają się do “zabij przeciwników”. Raz na przykład musimy pozbywać się Zergów w dzień, a w nocy bronić bazę, a w innej planszy trzeba z kolei poruszając się małym oddziałem zniszczyć kilka określonych budynków, uważając by nie zostać zauważonym.
Jeśli graliście w kampanię w WarCrafcie III, poczujecie się jak w domu. Zadania wyglądają podobnie, tyle że bez ekwipunku i zdobywania przez bohaterów poziomów. Co prawda nie skończyłem jeszcze wszystkich misji, ale ponoć przejście kampanii za pierwszym razem w normalnym tempie zajmuje jakieś 16-20h. Patrząc na to, ile poświęciłem na to dotychczas czasu, jestem w stanie bez problemu w te liczby uwierzyć.
Misje to jednak nie wszystko – w nowym StarCrafcie bardzo duży nacisk położono na tak zwaną “meta-grę” – pomiędzy poszczególnymi mapami poruszamy się po statku rebeliantów – Hyperionie, w stylu przygodówki point’n'click. Można wtedy wydać zarobione kredyty na wynajęcie najemników, których przyzwać można korzystając z odpowiedniego budynku oraz zakup upgrade’ów. Najciekawsze jest jednak laboratorium – w trakcie trwania kampanii zdobywa się punkty technologiczne Zergów i Protosów, które można przeznaczyć na ciekawe wynalazki, jak na przykład nowe jednostki, czy też automatyczne rafinerie. Co 5 punktów wybrać można jedno z dwóch ulepszeń. Drugie przepada – trzeba się więc dobrze zastanowić, co może się nam bardziej przydać.
Najzabawniejsza z kolei jest kantyna – oprócz wspomnianego kupowania najemników można posłuchać muzyki z szafy grającej (zawiera między innymi Sweet home Alabama), a także zagrać na automacie w strzelankę Lost Viking (gdzie bossem jest stworzony na potrzeby żartu prima-aprilisowego Terra-Tron).
Kiedy już przejdzie się kampanię można pobawić się w zdobywanie całej masy dostępnych achievementów, które oprócz satysfakcji otwierają dostęp do nowych portretów do trybu multiplayer. O nim nie mam zamiaru się rozpisywać, bo robiłem to już chyba dwa razy wspominając o becie. Ot, stary dobry StarCraft z całkiem niezłym systemem znajdywania przeciwników. W dalszym ciągu idzie mi raczej kiepsko, ale z Vodhem udało nam się wczoraj po wielu trudach dostać do srebrnej ligi (druga od końca) w rozgrywkach 2 vs 2:
Avatar za obejrzenie 10 wiadomości telewizyjnych między misjami – wybrałem ten, żeby siać postrach w sercach noobów.
Podsumowując, nie żałuję ani złotówki wydanej na StarCrafta II – żadna gra, a szczególnie RTS dawno tak mnie nie wciągnęła. Poza tym cieszę się z tego rozbicia gry na trzy mniejsze – multiplayer i tak dostępny jest “cały”, pierwszy dodatek według wstępnych szacunków pojawić się może dopiero za 18 miesięcy. Jeśli ma być tak dopracowany jak Wings of Liberty, czekam z niecierpliwością. Jeśli zaś chodzi o cenę pozostałych części, to z artykułu podlinkowanego wcześniej wynika, że mają kosztować tyle co dodatki, a nie pełnoprawne gry.
Ciekawostka:
Pierwsza część StarCrafta została wydana na Nintendo 64. A skoro mowa o rzeczach związanych z tą grą – może zainteresuje Was filmik z wersji japońskiej.
PS: Jeśli macie konta Aiona i chcielibyście sprawdzić jak wygląda gra po połączeniu serwerów i wprowadzeniu patcha 1.9, będziecie mieli okazję zrobić to za darmo od jutra do poniedziałku. NCSoft włącza na ten okres konta wszystkim byłym graczom, a do tego mnoży dwukrotnie zdobywane wtedy doświadczenie.

