logo
 

Troje Wspaniałych

Tym razem dwie gry i serial.

Najpierw jednak wydarzenia mniej więcej bieżące, chociaż w tej kategorii od początku wakacji kompletna posucha. Dwa razy wybrałem się do dentysty i mam nadzieję, że to zapewni mi spokój z zębami na najbliższy rok. Do tego w dalszym ciągu, z rosnącą niecierpliwością czekam na wyniki z ambasady i chociaż w dalszym ciągu jestem praktycznie pewien porażki, jednak robię sobie nadzieję. Tyle z bułki z serem, przejdźmy do meritum.

StarCraft II

Już za parę godzin premiera najbardziej wyczekiwanego RTSa ostatnich lat. Osobiście nie mogę się doczekać swojego klucza (zamówiony na keye.pl, jeśli komuś nie zależy na pudełku polecam uderzać tam – koszt tej przyjemności to 147 zł), który powinien pojawić się w skrzynce mailowej w okolicach północy.
W razie gdyby kogoś ominęła ta informacja – nawet kupując polską wersję pudełkową, możliwe jest granie po angielsku – należy jedynie ściągnąć znajdującego się tu klienta w odpowiednim języku.

Pisałem to już kiedyś, ale powtórzę raz jeszcze – nie lubię strategii. Nigdy nie potrafiłem efektywnie wprowadzać wydumanych taktyk w życie i poza paroma klasykami jak Red Alert, StarCraft 1, Warcraft III etc. z którymi miałem dość krótką styczność (zwykle w okolicach premiery), starałem się trzymać od tego gatunku z daleka. Mam wrażenie, że drugą częścią SC również bym się nie zainteresował, gdyby nie otrzymany od SkyAce’a buddy key (za który jeszcze raz chciałbym podziękować), po którego wykorzystaniu mogłem stoczyć wiele niezapomnianych gier, wraz z mocarną ekipą składającą się głównie z anba, Deepa, teuza, Vodha (kolejność alfabetyczna) i okazyjnie wspomnianego wcześniej SkyAce’a oraz Lilii (której bloga nie będę linkował dopóki go po raz bodaj piąty nie wskrzesi – to samo dotyczy Vodha).
Fakt, zwykle przegrywaliśmy, ale i tak bawiliśmy się całkiem dobrze. No, chyba że graliśmy akurat przeciwko drużynom ze zdobycznymi avatarami, które często wystarczyły, by mocno naruszyć nasze morale.

Mam nadzieję, że gra szybko stanieje, aby więcej znajomych osób dołączyło do retaila. W końcu im nas więcej tym weselej. Na zachętę, ostatni (i zdecydowanie najlepszy) trailer.

Friends

W ramach czekania na premierę powyższego tytułu, skończyłem wreszcie 10 i zarazem ostatni sezon Przyjaciół. Muszę przyznać, że był to najlepszy serial jaki w życiu widziałem. Humor może nie zawsze najwyższych lotów, ale co z tego, skoro zwykle co parę minut wybuchałem głośnym śmiechem. Genialne dialogi oraz ciekawe perypetie grupy głównych bohaterów pozwoliły mi bardzo zżyć się z postaciami. Chociaż całość miała słabsze momenty i wątki, potrafiące trwać nawet kilka odcinków, mimo to mogę z czystym sumieniem polecić Przyjaciół wszystkim fanom komedii.
O tym, jak bardzo seria ta mi się podobała może świadczyć fakt, że nie mogę doczekać się obejrzenia odcinka “za kulisami” – zwykle nie chce mi się na takie niekanoniczne rzeczy tracić czasu.

Edit: Zapomniałbym dodać. Chandler rządzi.

Red Dead Redemption

RDR określa się jako “GTA na dzikim zachodzie” i trzeba przyznać, że stwierdzenie to najlepiej chyba opisuje ten tytuł. Najnowsze dziecko odpowiedzialnej za symulatory przestępcy firmy Rockstar nie miało w naszym kraju (a jeśli chodzi o ścisłość – w całej Europie) gładkiego startu. Ponoć z powodu zatonięcia statku z kopiami gry, wersja na PS3 bardzo długo nie była dostępna w normalnej sprzedaży i osiągała na Allegro ceny rzędu 219 zł. Na szczęście w ostatniej chwili złożyłem swój preorder, więc mogłem cieszyć się RDR w dniu premiery, przez całe dwie godziny – potem wróciłem do nauki sesyjnej, a interaktywny western powędrował na półkę, gdzie do niedawna łapał kurz.

Czemu w ogóle zainteresowałem się tym tytułem? Nie lubię sandboxów, a fakt że pakują je ostatnio wszędzie gdzie się da nie sprawi raczej, że szybko się to zmieni. Do tego westerny zawsze mnie nudziły – nie byłem w stanie wysiedzieć przy nich więcej niż 10 minut bez ziewania. Okazało się jednak, że jestem bardzo podatny na hype i przedpremierowy szał złapał mnie w swe sidła. Perspektywa multiplayera przemierzania stepów Ameryki wraz z grupą znajomych w trybie Free Roam, gdzie można zmierzyć się z gangami NPCów albo grupami innych graczy ostatecznie przekonała mnie do zakupu.
Czas mijał, hype opadł, a ja wróciłem do RDR chyba tylko po to, żeby pograć razem z teuzem, który parę dni temu sam zaopatrzył się w płytę z przygodami Johna Marstona (główny bohater trybu dla jednego gracza). Jako, że nie samym multiplayerem człowiek żyje, postanowiłem popchnąć do przodu fabułę singla i okazało się, że gra jest dużo lepsza niż się spodziewałem.

Grafika pod względem jakości nie robi może oszałamiającego wrażenia – niska rozdzielczość podczas grania na ustawionym dość blisko monitorze jest bardzo widoczna. Do tego, jak to zwykle w tak rozbudowanych tytułach bywa, wszędzie pełno jest przeróżnych glitchy – obiekty znikają, postaci blokują się w przejściach, często mają miejsce dziwne przeskoki itd. itp.
Mimo to, kiedy człowiek wjedzie na położony wysoko punkt i spojrzy na rozciągający się przed oczami krajobraz, widok aż zapiera dech w piersiach. Poboczne zadania, zarówno te generowane losowo jak i te “zwykłe” skutecznie odciągają od właściwej rozgrywki – ile razy zatrzymałem się na trasie, bo kogoś porwano/rabowano/był atakowany przez wilki (to ostatnie zdarzyło się także mi – z krzaków wyleciało całe stado i gdyby nie grupka podróżnych, w stronę których uciekłem, musiałbym ładować ostatniego save’a). Niestety w sytuacjach, gdy trzeba pomóc jednej z dwóch grup ludzi, często nie potrafię odróżnić atakowany od atakujących – szczególnie jeśli obie strony zajęte są wymianą ognia. Zwykle wtedy atakuję “tych dobrych”, a przez co spada mi wskaźnik honoru.

Multiplayer, będący powodem ponownego zainteresowania grą, również prezentuje się znakomicie. O ile wspomniane wcześniej wspólne przemierzanie prerii nie okazało się tak ciekawe jak przypuszczałem, a wszelkie deathmatche również mnie nie bawią, tryb kooperacji potrafi dać naprawdę dużo frajdy. Wspólna ucieczka dyliżansem, kiedy jeden z graczy prowadzi, a drugi ostrzeliwuje nadjeżdżających zewsząd napastników (we dwóch jest zdecydowanie ciężej niż w czwórkę) lub obrona atakowanego przez przestępców domu po uprzednim zinfiltrowaniu go na długo zapadają w pamięć.

Podsumowując, jest to naprawdę solidny tytuł, a dla fanów westernów/sandboxów pozycja wręcz obowiązkowa.

Ciekawostka: (by Rynn)
YouTube od pewnego czasu posiada bardzo ciekawą funkcję, o której nie wie większość użytkowników. Jesteście ciekawi cóż to takiego? Wykonajcie poniższe kilka kroków, a się przekonacie:
1. Włączcie jakikolwiek film, wykorzystujący nowy player.
2. Kliknijcie gdzieś w środek paska postępu, żeby pokazało się kółko przewijania.
3. Kliknijcie na okno filmiku kursorem (żeby focus nie był na wspomnianym pasku) i naciśnijcie którąkolwiek strzałkę na klawiaturze.

5 Responses to “Troje Wspaniałych”

  1. Vodh Says:

    Lies! Nie wiem, jak w pozostałych teamach, ale jak ja grałem to było średnio prawie równo 50%, więc żadne “zwykle przegrywaliśmy”, o! :D

    [Reply]

  2. Deep Says:

    Spoko – najlepsza taktyka – od nich ktos wychodzi i wygrywamy! XD Fajna beta.

    [Reply]

  3. anb Says:

    Dota i tak jest lepsza.

    [Reply]

  4. Vanille Says:

    Chcialam tylko powiedziec, ze u mnie ciekawostka tez juz dziala – zainstalowanie sterownikow pomoglo!

    Starcraft nadal mnie malo kreci, ale tez nigdy nie lubilam strategii (z wyjatkiem slabosci do serii Red Alert. w ktora, jak sie okazuje, po 13 czy tam ilu latach nie umiem grac. Jakie to upokarzajace ze jako dziesieciolatka bylam lepszym strategiem… choc z drugiej strony, zazwyczaj w trakcie mojej rozgrywki wkraczal moj brat i mowil: rob to, to, i to; moze dlatego).

    A ja koncze The Guild. XD

    [Reply]

  5. Hinata Says:

    “Dota i tak jest lepsza.” deja vu.

    Friendsów najlepiej ogląda się do śniadania. Aczkolwiek jeszcze nie przebrnęłam przez wszystkie odcinki. Tak więc: congratulations.

    [Reply]