Fantazja?
Witajcie ponownie. Czy po raz kolejny obiecam krótszą przerwę między tym i następnym wpisem? Oczywiście, w końcu naprawdę chciałbym pisać częściej, ale lenistwo/zapracowanie często bierze górę. Czasem potrzebny jest dobry bodziec motywujący – tym razem był świeżo założony blog Crofe. Trzy notki w trzy dni? Nie godzi się, żebym w obliczu tego zasypiał gruszki w popiele (wyjaśnienie idiomu, swoją drogą zawsze wydawał mi się dziwny). Przyznać muszę, że ostatnio w moim życiu zdarzyło się coś, co bardzo, ale to bardzo mnie zdziwiło, więc może od tego zacznę dzisiejszą notkę.
Japonia?
Pamiętacie może, że wspominałem ostatnio o egzaminie na roczne stypendium do Japonii, którego pierwszej, pisemnej części nie zdam, bo wypstrykałem całe swoje szczęście na pomyślne przebycie sesji bez konieczności poprawiania czegokolwiek. Otóż okazało się, że nie doceniłem rezerw fuksa, bo stosunkowo niedawno temu, podczas spokojnej przebieżki po jednej z instancji w WoWie (Culling of stratholme, z którego w najnowszym patchu wytną role playing jeszcze-nie-Lich-Kinga-Arthasa, hurra) nagle w rogu pulpitu zobaczyłem powiadomienie o mailu od prowadzącej. Z początku myślałem, że informuje po prostu o tym kto zdał, więc spokojnie go otworzyłem… Jakież było moje zdziwienie, kiedy dotarło do mnie, że jestem jednym z 8 szczęśliwców z naszej uczelni (i jedną z 30 osób w Polsce o ile moje niesprawdzone informacje się potwierdzą), którym udało się przebyć pierwszy etap stypendialnego egzaminu.
Krótkie wyjaśnienie na jakiej zasadzie działa tenże, bo zapewne większość osób nigdy się tym nie interesowała. Otóż rokrocznie wybiera się grupę około 30 osób z najlepszymi wynikami części pisemnej. Zaprasza się ich na część ustną, która ma sprawdzić czy nie wystrzelali wszystkich odpowiedzi (80-90% pisemnego to test) i/lub czy nie są przypadkiem psychopatami, których nie powinno się za wszelką cenę wpuszczać do Japonii.
Kiedy tę (ponoć) formalność ma się już za sobą, następuje etap najzabawniejszy – czekanie do sierpnia na wyniki ostateczne, na które w największej części wpływają wyniki etapu pierwszego. Koniec końców możliwość studiowania w Japonii otrzymuje 10-14 osób, którym poszło najlepiej. Korzystając z prostej matematyki obliczyłem, że mam od 30 do 50% szans na wyjazd, zakładając że podczas części ustnej, która ma miejsce 17.03 w japońskiej ambasadzie nie zrobię z siebie idioty. Co wcale nie jest takie pewne, biorąc pod uwagę jak bardzo stresuję się, kiedy muszę cokolwiek powiedzieć po japońsku. Bynajmniej nie mam zamiaru nastawiać się na “wygraną”, bo widziałem już przypadki, gdy osoby z takim podejściem bardzo nieprzyjemnie się na nim przejechały. Ot, uczyć się, żeby zdać sesję letnią w pierwszym terminie plus skupić się na nauce japońskiego bardziej niż dotychczas, co na pewno nie pójdzie w las, nawet jeśli stypendium przejdzie mi koło nosa.
Obecnie staram się o części ustnej myśleć jak najmniej, jednocześnie próbując się do niej w jakikolwiek sposób przygotować oraz (co ważniejsze) nie stresować. To drugie zupełnie mi nie wychodzi. Do tego dochodzi załatwianie papierkowej roboty, co bez wzorów jak wypełniać te wszystkie wnioski jest BARDZO, BARDZO irytujące.
W każdym razie trzymajcie kciuki – mój wyjazd oznacza roczny spokój dla osób z mojego otoczenia oraz częstsze aktualizacje bloga (a przy okazji małą rewolucję w layoucie i bebechach by wprowadzić tu nowe funkcjonalności).
Poza tym jutro czeka mnie prowadzenie zajęć na japońskim, co również w irytującym stopniu mnie stresuję. Nie lubię występować przed “dużą” (w przypadku japonistyki to 11 osób) publicznością. Brr.
Z zabawnych faktów – w końcu, po semestrze czekania, zaczęły się zajęcia z chińskiego. Już prawie zapomniałem jak bardzo w wyłapywaniu i używaniu tonów tego dziwnego języka przeszkadza mój anty-słuch absolutny, czyli przeciwieństwo słuchu absolutnego. Na szczęście wszystkim pod tym względem idzie podobnie, nie jestem więc osamotniony w failowaniu.
Książki
Primo, Zbieracz Burz Kossakowskiej. Jest to kontynuacja mojej ulubionej powieści fantasy o aniołach – Siewcy Wiatru. Niestety zwyczajem Fabryki Słów podzielona została zgwałcona podziałem na tomy i wybraniem czcionki wielkiej jak w elementarzu. Po 2/3 mogę stwierdzić, że jestem całkiem usatysfakcjonowany, ale z ostateczną oceną powstrzymam się do końca cyklu. Spodziewajcie się recenzji za parę lat (a propos, gdzie Czas złych baśni ja się pytam).
Ostatnio nabyłem też Kłopoty w Hamdirholm, które podejściem do fantastyki ma rzekomo przypominać Pratchetta, ale książka dość szybko powędrowała na półkę w związku z pojawieniem się Zbieracza Burz oraz paru oczekiwanych przeze mnie gier, o których poczytać możecie poniżej. Na pewno prędzej czy później ją skończę, chociaż nie mam pojęcia kiedy to nastąpi.
Ostatnią (jeśli brać pod uwagę chronologię zakupów – pierwszą) powieścią, o której chciałbym wspomnieć jest Pierwsze Prawo Magii, tom pierwszy dziewięcioczęściowego cyklu Miecz Prawdy. Co prawda moje podejście sag nie zmieniło się w ostatnim czasie i w dalszym ciągu uważam, że to po prostu zamach na kieszeń czytelników, ale zachęcony pozytywną recenzją postanowiłem zobaczyć, jak prezentuje się ta klasyczna historia.
Okazało się, że miałem dużo szczęścia, gdyż cała seria dosłownie parę dni przed moją decyzją doczekała się reedycji w związku z “niedawnym” (09.2009) rozpoczęciem emisji serialu na jej podstawie w naszej rodzimej telewizji.
Niestety powieść okazała się bardzo… Klasyczna. Widać, że ma już swoje lata, niektóre rozwiązania fabularne i postawy bohaterów wywołują jedynie uśmiech politowania. O ile dobrze pamiętam odłożyłem Pierwsze Prawo po mniej więcej 150 stronach i zapewne nie skończę lektury do czasu, aż nie będę miał niczego ciekawszego do roboty.
Gry
Co działa lepiej na stres niż skupienie uwagi na czymś innym? Nic. Dlatego też z radością powitałem początek marca, który zapowiadał się przesmakowicie pod względem premier i muszę przyznać, że nie zawiódł moich oczekiwań. W kolejności chronologicznej trzy tytuły, które zajmują prawie cały mój wolny czas (czyli ten podczas którego nie przygotowuję referatów/nie uczę się).
Battlefield Bad Company 2 – ostatnim BFem w jakiego grałem była pierwsza część wydana na PC. Chciałem co prawda spróbować Battlefielda 2142, ale niestety nie ruszył na moim przedpotopowym komputerze. Kiedy więc udało mi się zdobyć klucz do bety postanowiłem spróbować jak prezentuje się znany z pierwszej części Bad Company system zniszczeń środowiska w wersji podrasowanej oraz czy model rozgrywki mi odpowiada. O ile na początku miałem duże wątpliwości co do sensu zakupu pełnej wersji, to kiedy w końcu trochę się wyrobiłem, zdecydowałem się na preorder.
Gra jest moim zdaniem dużo lepsza od Modern Warfare 2, po części przez to, że wymusza granie zespołowe – lecąc na przysłowiową pałę można osiągnąć co najwyżej szybki zgon. Klasy bardzo dobrze się uzupełniają, może oprócz snajperów, którzy są głównie denerwujący. W moim wypadku podwójnie, gdyż oprócz wkurzania się na śmierć znikąd irytuje mnie fakt, że sam nie potrafię nimi grać z powodu nieumiejętności wzięcia poprawki na czas lotu pocisku i jego opadanie – miła (?) odmiana po wspomnianym Call of Duty 6. A oto moje statystyki, na razie dość żałosne (obrazek aktualizuje się co 24h):

Szkoda jedynie, że EA/DICE mają na razie częste problemy z serwerami, co owocuje lagami i przerwami w dostępie do usługi.
Jedna z trzech gier (pozostałe to Dissidia i Crisis Core), dla których nabyłem PSP w końcu się ukazała. .hack//Link, bo o nim mowa, po 25 godzinach gry w dalszym ciągu budzi we mnie mieszane uczucia.
Z jednej strony gra jest ogromna i zawiera w sobie chyba wszystkie możliwe historie ze świata .hacka – zarówno te z gier, anime jak i mang oraz powieści. Całość ma bowiem formę podróżowania w czasie w celu odczarowania Wojowników Zmierzchu (nie, nie “tego” Zmierzchu) zamienionych w kamienne posągi przez członków złej organizacji. Tu pojawiły się pierwsze wątpliwości – całej historii jest bardzo daleko do sedna .hacka, czyli faktu, że wszystko odbywa się w świecie gry. Główny bohater, nastolatek Tokio, zostaje bowiem wciągnięty do The World przez jakieś dziwne urządzenie i nie ma to związku ze znanym z poprzednich części zapadaniem w śpiączkę. Całość, począwszy od postaci głównych, na adwersarzach kończąc w ogóle przypomina bardziej średniej jakości shounena niż poprzednie, pełne (często przesadnego) dramatyzmu odsłony serii.
System walki za to zupełnie nie zaskakuje. Jak we wszystkich .hackowych grach bardzo szybko robi się monotonny. Niestety tu następuje tu nawet wcześniej niż w tytułach poprzednich, gdyż do naszej dyspozycji oddano jedynie dwa skille, a jedynym powiewem świeżości (oprócz podnoszenia rangi bohatera, która wspomniane dwie umiejętności wzmacnia) jest stopniowe odkrywanie postaci towarzyszących, z którymi wypełniamy poszczególne misje. Niestety terenów do eksploracji, przeciwników oraz bossów jest śmiesznie wręcz mało, przez co monotonię zaczyna się odczuwać już po pierwszych 2-3 godzinach.
Aktualnie jestem co prawda dopiero w połowie, ale już wiem, że przejdę //Linka do końca. Możliwe nawet, że będzie to miało priorytet przed zabraniem się porządnie do Final Fantasy XIII. Czemu? Nie wiem. To podobne nie wiem, które usłyszała by osoba zadająca mi pytanie, czemu tak męczę się z całym uniwersum .hacka, oglądając wszystkie serie animowane, czytając mangi i przechodząc poprzednie gry (chociaż z pierwszych czterech ukończyłem jedną i wyłożyłem się na początku następnej). To typowy love-hate relationship, spowodowany tym, że czuję tkwiący w całej historii ogromny potencjał. Niestety, tak naprawdę jedyne trzy rzeczy, które oferuje .hack to właśnie potencjał (zmarnowany, w najlepszych wypadkach nie wykorzystany do końca), muzyka oraz chara design.
Nie odpuszczę jednak “Ostatniej walce w “The World”", jak reklamowany był na trailerach //Link. Nie jest on mimo wszystkich wymienionych wyżej wad aż taki zły.
Ostatnia z gier o której chcę dziś napisać to najbardziej wyczekiwane RPG ostatnich lat. Final Fantasy XIII. Od oceny gry jako całości będę musiał się powstrzymać, gdyż z powodu natężenia dwóch powyższych w połączeniu z nauką i zajęciami poświęciłem nowemu Finalowi jedynie godzinę, ale parę rzeczy rzuciło mi się w oczy i to na nich chciałbym się skupić.
Po pierwsze wstawki renderowane, które w PS3 wyświetlane są w rozdzielczości full HD (1920×1080). Poezja w ruchu, naprawdę. To najlepsza trójwymiarowa grafika, którą w życiu widziałem – Advent Children się chowa, Avatar z powodu trochę rozmytego na ekranie kina obrazie również. Obraz ostry jak żyleta, wszystko płynnie chodzi, po prostu cudo. Kiedy przechodzi się do właściwej rozgrywki jest już niestety trochę gorzej. Monitor jest bardziej bezlitosny od telewizora i wszelkie poszarpane krawędzie w rozdzielczości 720p są dość dobrze widoczne. Nie znaczy to, że XIII ma kiepską grafikę, co to to nie. Po prostu trochę się zawiodłem po obejrzeniu intra…
Moment.
Właśnie przypomniało mi się, jaki rozstrzał był między filmikami, a resztą gry w częściach na PSXa. Powyższe marudzenie można chyba spokojnie zignorować.
Co do sedna, czyli eksploracji i walki. Ta pierwsza rzeczywiście odbywa się w rurze i nie zmieni się to ponoć przez pierwsze 30h. Czy to źle? Tak, chociaż wszystkie poprzednie Finale przez znaczną większość gry również były bardzo liniowe. W stopniu takim jak w XIII występowało to chyba jedynie w części dziesiątej, ale bynajmniej nie oznacza to, że pozostałe stawiały na swobodę eksploracji.
Chciałbym się jednak przyczepić do samego poruszania się postaci i kontroli nad kamerą. Nie wiem czy jestem zbyt wymagający, czy po prostu dziwny, ale odnoszę wrażenie, że w obu przypadkach bezwładność jest jednak za duża. Chyba po prostu jestem przyzwyczajony do gier akcji, w których sterowanie musi być bardzo czułe. Tak czy inaczej, mam nadzieję, że do tego w nowym FF szybko się przyzwyczaję.
Walka przez pierwsze osiem godzin sprowadza się ponoć głównie do używania auto ataku i ewentualnego leczenia, ale to zasadniczo również nie odbiega chyba zbytnio od tego, jak zaczynała się na przykład VII (chociaż dawno nie grałem, mogę źle pamiętać). Fakt, gracz ma mniejszą dowolność jeśli chodzi o sposób zabijania przeciwników, plus steruje jedynie dowódcą drużyny, ale liczę na to, że kiedy dojdzie możliwość zmiany klasy w trakcie potyczki (cały czas zapominam, jak toto się nazywa) zrobi się dużo ciekawiej.
To tyle, jeśli chodzi o wrażenia po godzinie gry. Może przez weekend poświęcę jej więcej czasu, a na pewno przysiądę do niej solidnie po 17.03. Wtedy też zapewne obszerniej podzielę się wrażeniami.
Ciekawostka:
Wyraz “zepsuć” pochodzi od wyrazu “pies”. Mnie ta informacja zszokowała, mam nadzieję, że na Was też zrobi duże wrażenie.
Zapytania:
blogi o szczesciu emo
czy technologia 3d uszkadza wzrok
gra co sie pływa łudkami do pobrania
gry dla dziewczynek samohody parkują samemu z
leptotyphlops bilineata polska nazwa
może kiedyś innym razem gitara Ta, może kiedyś, innym razem, nauczę się na niej grać.
możliwości wychodzenia na dwór z ospą wietrzną
podczas oglądania bajek lub filmów na internecie komputer resetuje się sam
waifu co znaczy
wolha i len byli w
zabójstwo z afektu- prace
battlefield.bad.company.2-jak opuścić wzrok na dół
biotronic facebook jak grać
dlaczego transformers 2 mi sie wylancza
dziewczynskie gry do pobrania
odpowiedzi do olympusa 6 klasa 2009 sesja wiosenna
przykładowy angielski blog
streszczenie misji 13 devil may cray po polsku
talia kart wartości 364
zmutowane potwory
Miłego końca tygodnia
Keii
PS: Autorką dzisiejszego avatara jest Lila.

March 11th, 2010 at 01:42
Uwielbiam podziały na gry “dziewczyńskie” i te drugie… “chłopięce”?
A biorąc pod uwagę o jakich grach piszesz, zaczyna mi się dziwnie zamazywać granica między jednymi i drugimi :P
Moje zdanie na temat Twojego egzaminu jest cały czas takie samo :D
A z lenistwem to trzeba koniecznie walczyć…. najlepiej metodą klina :P
[Reply]
March 11th, 2010 at 01:54
Poza tym jutro czeka mnie prowadzenie zajęć na japońskim, co również w irytującym stopniu mnie stresuję. Nie lubię występować przed “dużą” (w przypadku japonistyki to 11 osób) publicznością. Brr.
Skąd ja to znam… brrr. Powodzenia w takim razie!
Mogę się założyć o swojego psa, że wyjedziesz do tej Japonii.
I popatrzyłabym chętnie na tą animację w FF XIII :<
waifu co znaczy
No jak to co?! MIKU.
[Reply]
March 11th, 2010 at 09:10
No No Keii może Ci się uda, a wtedy trzeba Cię może odwiedzić ! :D
[Reply]
March 11th, 2010 at 09:20
good luck.
[Reply]
March 11th, 2010 at 14:55
Keii, na bank uda ci się wyjechać do Japonii. Masz moją gwarancję. Nie zapominaj wtedy o realcji na Tanuki i rozwiwaniu mitów anime :D.
がんばって! フアイット!
[Reply]
March 14th, 2010 at 10:23
Trzymam kciuki za Twój egzamin :D i wyjazd :)))
Co do sag, to nie wiem czy wspominałam i nie wiem czy już czytałeś – ale George R.R. Martin jest więcej niż dobry :) zresztą, możesz obczaić na Biblionetce noty :)
[Reply]
Keii Reply:
March 14th, 2010 at 19:39
Może kiedyś się zapoznam, ale jak mówiłem – cykli nie lubię, a cykli nieskończonych – tym bardziej ;)
[Reply]