logo
 

Archive for the ‘Wpisy’ Category

To chyba normalne, prawda?

Monday, September 6th, 2010

Powyższe słowa to moja reakcja po włączeniu Speedfana, gdzie wartości temperatur wszystkich czterech rdzeni procesora wynosiły circa sto stopni. Jakim cudem procesor mi się nie spalił nie mam pojęcia, ale chyba należy to wrzucić do worka z sytuacjami gdzie miałem więcej szczęścia niż rozumu. Cała historia wyglądała zaś następująco…

Wszystko zaczęło się od StarCrafta II i dziwnego zamulania, które pojawiało się w kolejnych meczach 2v2 i 4v4 dużo wcześniej niż zwykle (to znaczy przed osiągnięciem przez graczy masy krytycznej jednostek). Myślałem, że to znowu Blizzard coś popsuł i za parę dni, po cotygodniowym maintenance Battlenetu wszystko wróci do normy. Nie wróciło. Druga myśl – “wirus”. Niestety, skany antywirusowe, antyspyware’owe i cała reszta zabiegów konserwacyjnych, włącznie z czyszczeniem rejestru i wywaleniem niepotrzebnych usług systemowych nie przyniosły absolutnie żadnych rezultatów. Wtedy poważnie się zaniepokoiłem.

Podejrzenia, że coś może być nie tak ze sprzętem, pojawiły się kiedy beta Final Fantasy XIV chodziła płynnie przez pierwsze 30 sekund po włączeniu, a następnie ilość klatek na sekundę spadała mniej więcej trzykrotnie. Pozbawiony innych opcji sięgnąłem do programu sprawdzającego temperaturę poszczególnych podzespołów komputerowych, o którym pisałem wyżej. Nie wierząc w to co widzę, sprawdziłem jeszcze trzy inne, ale wartości wszędzie były podobne. Sto stopni na wszystkich rdzeniach. Pomyślałem, że może to najzupełniej normalne – nowe procesory grzeją się na pewno dużo intensywniej niż ich dziadkowie, osiągający temperatury rzędu 30-40°C. A przynajmniej tak mi się wydaje, ostatni raz sprawdzałem to mniej więcej 10 lat temu. Niestety, SkyAce bardzo szybko wyprowadził mnie z błędu – według producenta, ~60°C powinno być szczytem gorąca mojego procesora.

Stało się jasne, że bez rozkręcania komputera się nie obędzie, więc czym prędzej wyłączyłem go i zajrzałem do środka. Ok, wentylator jest na widoku. Tylko jak to cholerstwo się wyjmuje… Po parunastu minutach siłowania się z zatrzaskami miałem w rękach wiatrak z radiatorem (bo ta siatka to chyba radiator, prawda?). Wszystkie szczeliny bardzo szczelnie pokryte były kurzem nie dopuszczając do jakiejkolwiek wymiany ciepła. Szybko przedmuchałem całość sprężonym powietrzem i zabrałem się do ponownego montowania tego ustrojstwa na procesor. Pech chciał, że nie przeanalizowałem wystarczająco dokładnie mechanizmu działania trzymających wentylatora zatrzasków i jeden z nich ułamał się, uniemożliwiając przymocowanie chłodzenia całkowicie na sztywno. Trzymało się jednak dość pewnie – miałem nadzieję, że właśnie po męsku poradziłem sobie z problemem.
Niestety, myliłem się. Prawdopodobnie winny był owy złamany zatrzask oraz brak pasty przewodzącej ciepło. Tak czy inaczej, temperatury zostały takie same, czyli 54°C kiedy nic nie robiłem i 100°C w tak zwanym “stresie”.

Następnego dnia odwiedziłem wszystkie sklepy komputerowe w mieście. W X-Komie polecono mi Arctic Cooling Freezer 7 Pro REV.2. Jako że nie planowałem oszczędzać na tym zakupie, złożyłem zamówienie – wentylator dostarczony miał zostać dopiero na poniedziałkowe popołudnie. Zniechęcony perspektywą czterech dni bez gier na PC, szczególnie kiedy w sobotę odbyć miał się turniej StarCrafta II (pierwszą rundę “wygrałem” z powodu braku przeciwnika, w drugiej zaś odniosłem sromotną porażkę) skierowałem się w stronę domu. Po drodze przypomniałem sobie jednak, że przecież w odległości 20-40 minut jazdy autobusem jest klika centrów handlowych, więc czemu by nie poszukać odpowiedniego chłodzenia tam. Ostatecznie wentylator dostałem w swoje ręce wieczorem – kupił go wracający tego dnia do domu Deep w krakowskim Komputroniku za 30 zł mniej niż miałem zapłacić w X-Komie (jeszcze raz dzięki). Pomyśleć, że zawsze uważałem Komputronik za jeden z tych sklepów, w których zdzierają jak tylko się da…

Po zainstalowaniu Freezera 7 (tym razem bez łamania plastikowych części) przedział temperaturowy przesunął się z 54-100°C do 39-54°C. I wszyscy żyli długo i szczęśliwie.
Morał z tej historii jest następujący – należy regularnie odkurzać komputer, bo jeszcze coś w środku się spali. Idealnie nadaje się do tego sprężone powietrze. Tak, w przypadku laptopów również, chociaż tam często trzeba kombinować, by dostać się do środka.

Ciekawostka:
Przeciętna amerykańska rodzina zużywa dziennie 35 razy więcej wody niż przeciętna rodzina afrykańska.

Burza i po burzy

Sunday, September 5th, 2010

Dziś post monotematyczny, bo i czasu do wyjścia nie ma zbyt wiele. W piątek ukazał się długo wyczekiwany drugi tom Zbieracza Burz Kossakowskiej, będącego sequelem Siewcy Wiatru tejże autorki.
W tomie drugim i (na szczęście – nie lubię cykli) ostatnim poznajemy koniec historii związanej z dość kłopotliwym rozkazem Światłości, który wypełnić ma Daimon Frey aka Abaddon. O poprzedniej części chyba już pisałem (tu wspomniane wrażenia po lekturze).
Kontynuacja jest ciekawsza, ale w dalszym ciągu męczy pojawiająca się zdecydowanie zbyt często narracja pierwszoosobowa, która na domiar złego w przypadku prawie wszystkich postaci ma dokładnie ten sam depresyjny nastrój. Całość jest jednak dużo bogatsza w akcję i zawiera na szczęście więcej walki niż uciekania. Żałuję bardzo, że przez dziwną politykę Fabryki Słów tom został poszatkowany na dwa kawałki, gdyż Zbieracz tylko na tym stracił. Tak czy siak, dla fanów Siewcy pozycja obowiązkowa. Cała reszta niech lepiej najpierw zapozna się z pierwowzorem, który jak dla mnie pozostaje jedną z lepszych książek fantasy, jakie czytałem.

Aktualnie zaś na tapetę książkową biorę wygraną w konkursie sklepu amazonka.pl Galerię dla dorosłych Kresa. Czysty przypadek sprawił, że dostałem ją w swoje ręce po uprzednim zignorowaniu jej podczas zeszłotygodniowej wizyty w księgarni. Zbieg okoliczności jest o tyle szczęśliwy, że Galeria złamanych piór tego autora była zdecydowanie najlepszym para-poradnikiem pisarskim, z jakim miałem styczność, a lekturę wspominam bardzo dobrze.

W poniedziałek powinna w końcu dojść pocztą tylogia Yggdrassil, ponoć bardzo dobre polskie hard-sf. Przeczytamy, zobaczymy.

Następna notka, która powinna pojawić się w przeciągu kilku dni dotyczyć będzie moich stustopniowych przygód z procesorem oraz trwającej w bólach bety Final Fantasy XIV. Stay tuned.

Ciekawostka:
Samice świetlików często nie potrafią latać, gdyż mają zbyt krótkie skrzydła.

Osobliwość ze szczyptą Pokonywania

Wednesday, September 1st, 2010

Osobliwość

Ponieważ Killzone 2 okazał się niezbyt dobrym początkiem mojej przygody z konsolowymi FPP, postanowiłem na razie pomysł walki ze sterowaniem porzucić. Jako, że apetyt na FPSy pozostał niezaspokojony, a w większość dobrych tytułów z tego gatunku które pojawiły się na rynku przez ostatni rok grałem, długo szukałem gry, którą mógłbym wziąć na warsztat.
Koniec końców zdecydowałem się na spróbowanie Singularity. Pojawiło się całkiem niedawno i zebrało niezłe oceny. Co prawda stwierdzenia, że to nieślubne dziecko Bioshocka nie nastrajały zbyt optymistycznie, ale o prawdziwości tych za chwilę.
Fabuły spoilerować nie będę – wszystko obraca się wokół odkrytego przez Rosjan pierwiastka E99 będącego najlepszym źródłem energii, jakie kiedykolwiek odkryto. Niestety dorwał się do niego zły dyktator, więc musimy wybrać się na wycieczkę do przeszłości, by go powstrzymać. W grze pełno jest stylizowanych na propagandowe filmów (jak w Bioshocku), porozrzucanych tu i ówdzie notatek i taśm z nagraniami (ponownie – jak w Bioshocku). Terenem działań jest “opuszczona” wyspa, będąca miejscem odciętym od świata (Bioshock). Walczymy zarówno z ludźmi jak i potworami, a przez pierwsze 15-20 minut gry czujemy się jak zaszczuta zwierzyna (również jak w Bioshocku). Niestety czar niepewności co spotkamy za następnym zakrętem pryska, kiedy dostajemy w łapy karabin (z samym pistoletem jest jeszcze trochę strasznie) i z ofiary stajemy się łowcą.
Na raz możemy mieć przy sobie jedynie dwie bronie, a ekwipunek zmieniamy w rozrzuconych po wyspie magicznych szafach. Tak, zdaję sobie sprawę, że to futurystyczne zbrojownie, ale sposób ich działania, czyli możliwość upgrade’u na miejscu, dokupowanie pocisków itp. to jak dla mnie po prostu czary. Arsenał jest dość typowy, chociaż “Seeker”, czyli giwera pozwalająca sterować pociskiem (wszystko zwalnia, a przeciwnicy są podświetleni) jest całkiem przyjemnym bajerem. W ogóle abstrahując już od tego, że rękawica będąca głównym gadżetem pozwala na zabawy czasem, moc tę ma również snajperka – lewym shiftem włączamy slowmo i bez większych problemów czyścimy całą planszę z przeciwników.
Drugim rodzicem Singularity jest Half Life 2. Z tego tytułu nowa gra Activision ukradła wyeksploatowanego już do granic możliwości gravity guna oraz (spoiler) zakończenie, gdzie nasza zabawka zostaje maksymalnie podładowana i przez fale przeciwników przechodzimy jak przez masło (koniec spoilera). Niestety, pistolet grawitacyjny w Osobliwości jest wykorzystywany właściwie tylko do jednej zagadki, powtarzanej do znudzenia. Kiepsko.
Reasumując – gra jest krótka i nie wybija się ponad przeciętność. Nie jest zła, zabawy z czasem umożliwiają pokazanie sytuacji bardzo mieszających w głowie gracza, ale zdecydowanie czegoś jej brakuje. Kopiowanie najlepszych (chociaż moim zdaniem samemu Bioshockowi do najlepszych też jest dość daleko) nie wystarczy, żeby stworzyć coś wybitnego.
Muszę jednak przyznać, że Singularity ma u mnie ogromnego plusa – minigun jako normalna, a nie “specjalna” broń to bardzo miły smaczek.

Pokonywanie

Czym zaś jest tytułowe “Pokonywanie”. Otóż, panie i panowie, chodzi o Vanquisha, czyli najnowszą futurystyczną strzelankę od twórców Bayonetty. Demo ukazało się w nocy na amerykańskim Playstation Store, a zdążyłem przejść je już dwa razy. I zapewne wrócę do niego kilkukrotnie, gdyż premiera pełnej wersji będzie miała miejsce dopiero 22.10. Pierwsze wrażenie z zabawy – dynamika przez duże “d”. Wszystko dzieje się szybko, niekiedy w powietrzu latają setki pocisków, a gracz jest w stanie niesamowicie szybko przejechać na kolanach (sic!) od jednej do drugiej krawędzi pola walki w paręnaście sekund. Poza tym zapomnijcie o okazyjnym zamulaniu, długich loadingach i grafice gorszej niż na X360 w Bayonecie. Tutaj wszystko wygląda i rusza się przepięknie. Do tego dochodzi całkiem pokaźny arsenał broni, możliwość samoczynnego zwolnienia czasu, automatyczny bullet time kiedy mamy krytycznie mało energii oraz ogromni bossowie. Nie ukrywam, nie spodziewałem się, że gra aż tak mi się spodoba – do tego strasznie zdziwiłem się, że celowanie nie sprawia mi najmniejszych problemów. Jeśli macie PS3/X360 jak najszybciej ściągajcie wersję próbną i sami przekonajcie się, czy przesadzam.

Ciekawostka:
Prawdopodobieństwo tego, ze na Wasz dom spadnie meteor wynosi 1:182’138’880’000’000.

Mistrz oc i różności z PS3

Sunday, August 29th, 2010

Zaskoczeni tak szybką aktualizacją? Ja też. Powodem jest głównie potrzeba uzewnętrznienia się tekstowo, plus świadomość, że jeśli materiału do opisania nazbiera się więcej, znowu rok będę próbował usiąść do pisania. Dzisiaj moja przygoda z overclockingiem, wrażenia z tragicznie krótkiego Ratchet & Clank Future: Quest for Booty oraz minimalnie dłuższego Shanka.

OC, czyli jak failnąć

Premiera Final Fantasy XIV zbliża się wielkimi krokami (nie dotyczy PS3). Bynajmniej nie mam zamiaru panikować już nad wyborem odpowiedniego serwera, by móc zachować nicka z bety.
Ba, nawet nie wiem, jak nazwać postać. W poprzedniej fazie wybrałem imię “Vern Kane”, ale o ile brzmi ono chyba całkiem nieźle, nie wiem czy jest na tyle dobre, by legitymować się nim przez parę lat gry (?!).
Czy wspominałem już o tym, jak głupim pomysłem jest moim zdaniem wymuszanie na graczach nazywanie swoich postaci dwuczłonowo? Ok, w życiu się przydaje – w przeciwnym wypadku biurokracja chyba strzeliłaby sobie w łeb z powodu chaosu, jaki by powstał.
O czym to ja… A tak, premiera. O ile aktualnie najgorętszym tematem jest kretyński plan ograniczania szybkości zdobywania doświadczenia, który ma za zadanie chyba jedynie nie dopuszczenie graczy za wcześnie do endgame’u z powodu braku tegoż, pragnę wspomnieć o jeszcze jednym problemie.
Wymagania sprzętowe. XIV jest na razie bardzo licho zoptymalizowana. Niby beta ma dodatkowe procesy monitorujące, przez co retail będzie działał płynniej, ale pytanie brzmi – o ile. Na moim sprzęcie, który do najsłabszych nie należy, jestem w stanie wyciągnąć 30 fpsów w mieście, jeśli nie ma tłoku. Jako, że nie planuję w najbliższym czasie wymiany bebechów w komputerze (zastanawiałem się nad tym do momentu, kiedy dowiedziałem się, ile dostałbym w sklepie za moją używaną kartę graficzną), do głowy przyszedł mi zgoła inny pomysł.
Overclocking, znany powszechnie jako “podkręcanie”. Nigdy się nim nie interesowałem, gdyż maszyna której używałem za młodu bynajmniej nie należała do mnie, przez co na wszelki wypadek (żebym niczego nie zepsuł) nie mogłem modyfikować hardware’u.
Plan od razu postanowiłem wprowadzić w życie. Znalezienie odpowiedniego poradnika zabrało mi bardzo mało czasu, podobnie jak ściągnięcie potrzebnego oprogramowania. To ostatnie wziąłem ze strony Nvidii, która ponoć jest bardzo oc-friendly. Miałem to szczęście, że w guidzie który znalazłem opisywali dokładnie mój model karty. Jak część z Was pewnie wie, obecnie jeden chipset jest wykorzystywany przez naście/dziesiąt firm, robiących swoje wersje kart, minimalnie różniące się specyfikacją.
Jako, że chciałem załatwić to możliwie najszybciej, wziąłem po prostu wartości z przewodnika i zupełnie ignorując znajdujące się tam zalecenia, mówiące żeby nie podnosić wszystkiego na raz, ustawiłem odpowiednio wszystkie suwaki. Jak wielkie moje było zdziwienie, kiedy po zmianie zakładki w Ntunerze przywitał mnie blue screen. Reset komputera, serce na ramieniu – na szczęście wszystko działało w porządku. Ponowne otwarcie Ntunera i niespodzianka. Program zapamiętał poprzednio otwartą kartę i komputer znowu poczęstował mnie niebieskim ekranem.
Od razu po następnym załadowaniu się systemu wywaliłem z dysku cały soft do oc i postanowiłem nie powtarzać eksperymentów.
Wiem, że pewnie mógłbym podkręcić kartę bez problemów, jeśli wykazałbym się odrobiną cierpliwości, ale szczerze mówiąc wyskakujące błędy trochę mnie wystraszyły. Szczególnie, że nie stać mnie na nową kartę graficzną. Ciekawy jestem jedynie, czy coś nie tak było z wartościami, które wprowadziłem, czy też problem leżał po stronie felernej zakładki (niestety nie pamiętam nawet, która to).

Ratchet & Clank Future: Quest for Booty

Kiedy wracałem z pożyczonym od teuza pudełkiem z R&C, cieszyłem się, że czeka mnie paręnaście godzin platformówko-strzelanki na najwyższym poziomie. Okazało się, że rzeczywistość nie wyglądała tak różowo, jak się spodziewałem. Owszem, do gameplayu ciężko się przyczepić – wszystko jest “poprawne”. Diabeł jednak tkwi w szczegółach. Seria Ratchet & Clank, z którą miałem bardzo krótką styczność przy okazji ostatniej części wydanej na PS2 zawsze kojarzyła mi się z morzem różnego rodzaju broni, którymi można było siać zniszczenie na tysiąc i jeden sposobów. O Quest for Booty, określanym przez niektórych jako “Ratchet 1.5″ (licząc jedynie wersje na PS3) ciężko powiedzieć coś więcej niż “dodatek”. Niecałe 4h gry, praktycznie zerowe replayability (ok, poziom trudności Hard – kolejne 4h, jeśli nie mniej, bo człowiek wie co robić) i jedynie kilka broni, z których każda ma 3 poziomy mocy (liczone od… 3 do 5) to najkrótsze podsumowanie tej gry. Jak pisałem, gameplay jest “poprawny”. Niestety to wszystko, co dobrego można o nim powiedzieć. Zdecydowanie za dużo jest tu prymitywnie prostych zagadek logicznych, a za mało walk. Mimo niskiej ceny nie polecam grania w Quest for Booty jako pierwsze w serii. Lepiej zacząć od pełnoprawnej części pierwszej albo ominąć 1 i 1,5 i uderzyć od razu w trójkę (A Crack in Time).

Przy okazji pożyczyłem też Killzone’a 2, pamiętając epickość dema i mając w planach nauczenie się grania w FPP na padzie. Poległem sromotnie rzucając pad w kąt, kiedy po godzinie gry w dalszym ciągu najgorszym przeciwnikiem zdawali się być nie żołnierze Hellgastu, tylko mój kontroler. Ewentualne podejście drugie planuję najwcześniej za parę dni, kiedy emocje opadną.

Shank

Rambo, przemoc, oldschool. Tak w trzech słowach można podsumować nowość z Playstation Store (i Xbox Marketplace). Gra kojarzy się trochę z Metal Slugiem, chociaż większy nacisk położony jest na walce wręcz niż użycie broni palnej. Napisałbym cokolwiek o fabule, gdyby nie to, że przewijałem cutscenki (interaktywna przemoc na ekranie > nieinteraktywna przemoc na ekranie). Z tego co się orientuję, główny bohater chce się zemścić i odbić swoją pannę z rąk przeciwników. Nie jest to wiele, ale wystarczy na cztery godziny nieskrępowanej sieczki, przeplatanej niepotrzebnymi elementami platformowymi, których jedynym zadaniem jest chyba zarzynanie “płynności” gry. Na plus zdecydowanie należy zaliczyć bardzo rozbudowany jak na tego typu grę system combosów, dający graczowi duże pole do popisu, jeśli chodzi o wykańczanie przeciwników. Czy kupować? Najlepiej samemu się przekonać ściągając demo, zawierające cały pierwszy etap.

Ciekawostka:
By wyssać z człowieka całą krew potrzeba około 1’200’000 komarów. A skoro mowa o komarach – otrzymują one sygnał chemiczny, by przestać ssać kiedy są pełne. Naukowcy opracowali metodę blokowania owego sygnału – potraktowani nią krwiopijcy pożywiają się tak długo, że eksplodują.