logo
 

Prawie-niedzielny magiel

11 07 2011 02:12

Weekend minął i teoretycznie zaczął się poniedziałek. Osobom w dalszym ciągu mającym wakacje co prawda nie robi to różnicy, ale poczucie czasu to jednak ważna rzecz.

Do rzeczy, do rzeczy, bo śpiącym, ale o paru sprawach chciałbym dziś napisać. Przede wszystkim zależy mi na podzieleniu się świeżymi jeszcze wrażeniami z drugiego sezonu Glee, który skończyłem dziś oglądać. Do tego opowiem co nieco o nowych tytułach z Shounen Jumpa.

Glee 2

Drugi sezon serialu o tańcu, śpiewie i próbie dopasowania się do rzeczywistości szkolnej, zdecydowanie jest “bardziej”. W złym tego słowa znaczeniu. Nie przeczę, niektóre sytuacje z pierwowzoru były dość abstrakcyjne i często trzeba było przymykać oko na to, co działo się na ekranie, szczególnie jeśli w grę wchodziły piosenki. Oczywiście taka jest konwencja musicalu, więc nie ma sensu na to narzekać. Twórcy w kontynuacji postanowili pójść o krok dalej i zwiększyć natężenie absolutnie wszystkich aspektów.
Więcej dramy? Jest. Niektóre kryzysy postaci były tak głupie, że aż robiło się przykro.
Więcej humoru? Pewnie, wystarczy przecież przejaskrawić specyficzne dla postaci cechy, jak na przykład głupotę Birtney. Fakt, niektóre jej teksty były dość zabawne, ale przez większość czasu, widza ogarniało raczej zażenowanie.
“Lepsza” muzyka? Zwiększmy stosunek nowych hitów do starych przebojów. To już oczywiście kwestia gustu, ale jednak wolę “I love rock’n'roll” niż utwory Biebera…
Większy pomieszanie z poplątaniem jeśli chodzi o “kto z kim i dlaczego”? Tutaj twórcy przeszli samych siebie i niewiele brakuje do sytuacji “każdy z każdym”.
Genialna i w miarę realistyczna w pierwszym sezonie Sue Sylvester tu przypomina bardziej komiksowy czarny charakter, chociaż na szczęście w dalszym ciągu pozostaje postacią najbardziej konsystentną jeśli chodzi o swoje działania.

Podsumowując, pierwszy sezon był moim zdaniem dużo lepszy. Mam nadzieję, że w kolejny nie będzie jeszcze bardziej pod każdym względem skrajny.

Shounen Jump i nowe serie

W roku 2000 którymś ludzkość otrzymała w końcu wiadomość od kosmitów. Jej treść brzmiała mniej więcej: “spotkajmy się w roku 20XX (nie mam głowy do dat) na Marsie”. Stało się to początkiem szybkiego rozwoju technologii mającej pozwolić na lot załogowy na czerwoną planetę. Główny bohater ST&RS – zafascynowany kosmosem nastolatek, którego imienia niestety nie pamiętam, więc będę go nazywał X, za wszelką cenę pragnie dostać się do szkoły kosmicznej, której celem jest przygotowanie młodych ludzi do zostania astronautami. Oczywiście nie brakuje typowych dla shounenów elementów – wraz z nim egzamin zdaje dwójka przyjaciół z klasy, czyli potencjalny rywal oraz panienka, do której prędzej czy później poczuje miętę. X posiada także strasznie dziwną specjalną umiejętność, polegającą na idealnym wyczuwaniu odległości w przestrzeni. Coś jak linijka z kątomierzem etc. w oczach, pozwalająca mu na przykład mieć 100% celność w rzucaniu puszkami do koszów na śmieci. Poważnie.
Po dwóch rozdziałach w dalszym ciągu nie jestem przekonany, czy warto czytać to dalej, bo szału zdecydowanie nie ma. Z drugiej strony tragicznie nie jest, więc chyba dam GW&AZDOM szansę.

Kagami no Kuni no Harisugawa, co można dosłownie przetłumaczyć jako Harisugawa z krainy luster jest najnowszym dziełem autora skrajnie głupiego Pretty Face i bardzo dobrego Mx0. Niestety, oba te tytuły cierpią z powodu zbyt szybkiego ich zakończenia. Mam szczerą nadzieję że “Harisugawa” będzie miało więcej szczęścia, bo abstrahując nawet od miłej dla oka kreski, zapowiada się toto na serię z dużym potencjałem, głównie przez wzgląd na poprzednie dzieła jego twócy. O ile oczywiście w przypadku komedii ecchi można mówić o jakimkolwiek potencjale… Tak czy inaczej, pisanie czegokolwiek o fabule skończyłoby się spoilerami całego pierwszego rozdziału, a jako że ten jest jeszcze świeży, polecam po prostu zapoznać się z nim samemu. Ja na pewno Kagami no Kuni czytać będę.

Ciekawostka:
Benjamin Franklin chciał, aby narodowym ptakiem USA był indyk.

New Directions

30 06 2011 23:25

24 dni to wcale nie tak dużo, prawda? Też tak uważam. Dzisiejszy post sponsorują filmy (bajki) oraz jeden serial, do oglądania którego nie powinienem się chyba przyznawać…

Na początek jednak ważne ogłoszenie. Jak pisałem w poprzednich dwóch notkach, wszelkie rzeczy związane z grami nie będą się już pojawiać tutaj. Zamiast tego, dzięki uprzejmości g40sta, mogę w miarę nieskrępowanie growo wyżywać się w serwisie gameplay.pl, gdzie otrzymałem własny kącik. Na razie można tam znaleźć jedynie krótkie recenzje Hyperversum i Mogworld, ale obiecuję, że w przeciągu tygodnia pojawi się tam dość spory wpis, który powinien zainteresować wszystkich lubiących nietypowe japońskie produkcje. Zapraszam więc do śledzenia dotGames na bieżąco, “lajkowania” pojawiających się tam notek i w ogóle.

A teraz jedziemy z filmami, bo czasu nie ma zbyt wiele.

O Sin City słyszeli chyba wszyscy. Właściwie obejrzałbym ten film dużo wcześniej, gdyby nie pewność, że zupełnie nie przypadnie mi do gustu klimatem. Co zabawne, przyczyną tego, że zmieniłem zdanie była pierwsza scena Sucker Puncha, będąca przy okazji najlepszym elementem tegoż. Ubzdurało mi się wtedy, że historia w Mieście Grzechu przedstawiona jest w sposób zbliżony do tamtego wstępu i postanowiłem zaryzykować.
Niestety, nie myliłem się co do tego, że film nie przypadnie mi do gustu. Nie mogę jednak nie pochwalić próby odwzorowania klimatu komiksu, będącej najbardziej udaną próbą tego przedsięwzięcia z jaką w życiu miałem styczność.
Bym zapomniał. Nie radzę oglądać za pierwszym razem wersji nieocenzurowanej i wzbogaconej o dodatkowe sceny, gdyż poszczególne części filmu są w niej ułożone inaczej niż w wersji kinowej.

Megamind zdecydowanie nie jest typowym filmem animowanym. Całą historię obserwujemy bowiem z punktu widzenia “głównego złego”, co jest zabiegiem wnoszącym przyjemny powiew świeżości do sztampowych historii o superbohaterach. Jego starania by pokonać bohatera Metro City, próby zdobycia serca dziennikarki ogląda się z przyjemnością. Niektórym może co prawda wydać się zbytnio ciapowaty, ale osobiście nie odniosłem takiego wrażenia. Ciężko byłoby inaczej wykreować tego typu bohatera, bo gdyby zrobić z niego bezlitosnego maczo, jego działania byłyby raczej bardziej niż mniej irytujące.
Przyznam, że Megamocny pozytywnie mnie zaskoczył. Z wad wymienić muszę jednak design części postaci, który leżał i kwiczał, co momentami było dość irytujące. Tak czy inaczej z czystym sumieniem mogę polecić ten tytuł wszystkim, którzy obejrzeliby coś animowanego, ale mają ochotę na coś co chociaż trochę stara się zerwać z oklepanymi schematami. Większość zdarzeń co prawda da się przewidzieć, no ale taka to już konwencja.

Despicable Me (w wersji polskiej “Jak ukraść księżyc”) to kolejna bajka, gdzie w centrum znajduje się postać pierwotnie negatywna. Tu jest niestety bardziej sztampowo, bo jak można się domyślić po plakacie, trzy znajdujące się tam dziewczynki szybko zmiękczą serce szwarccharaktera i wydobędą na wierzch dobrą stronę jego charakteru. Mimo to nie jest źle, chociaż po tym co mówiła Rynn, za namową której oglądaliśmy owy film, myślałem, że bardziej mnie rozbawi. Cóż, chyba po prostu nie jestem targetem. Co mi się nie podobało? Podobnie jak w Megamocnym, niektóre postaci, z głównym bohaterem na czele, wyglądały po prostu dziwnie. Z drugiej strony odnoszę wrażenie, że będzie to coraz częstszą tendencją w tego typu filmach animowanych, gdzie ciężko znaleźć złoty środek, jeśli chodzi o postacie ludzi. Szczerze mówiąc nie przypominam sobie chyba żadnego tytułu, gdzie wyglądaliby mile dla oka.

Dla niezorientowanych w temacie – glee to serial o klubie… glee. Tak, też pierwsze słyszę. W każdym razie dzieciaki śpiewają i tańczą przeróżne większe lub mniejsze hity, zarówno klasyczne (Bohemian Rhapsody), jak i nowsze (Gaga, Britney). Całość jest, jak można się domyślić musicalem, ale wykonanym o niebo lepiej od, nie szukając daleko – Mamma Mii. Serial porusza wiele trudnych tematów, jak rasizm, homofobia, czy zachodzenie w ciążę w wieku szkolnym. Jeśli więc słuchanie o tego typu problemach zbytnio Was nie pociąga, nie radzę zabierać się za oglądanie glee. No chyba, że interesują Was tylko piosenki.

Ciekawostka:
Statystycznie 1 na 8 Amerykanów pracowało kiedyś w McDonaldzie.

Animowana wiosna

06 06 2011 01:58

Były już książki i filmy, gier jak zapowiadałem już tu nie uświadczycie. Co więc zostało, poza różnymi różnościami? To chyba jasne – anime. Wiosna 2011 pod względem emitowanych serii nie zapowiadała się zbyt ciekawie, przynajmniej dla mnie. Po raz kolejny okazało się jednak, że to co na papierze nie prezentuje się powalająco, może okazać się całkiem niezłe. Ostatecznie wyszło bowiem na to, że jestem mniej lub bardziej na bieżąco z jedenastoma (!) seriami. Oto wrażenia z każdej z nich, uporządkowane alfabetycznie. Miłego czytania:

Ano Hi Mita Hana no Namae wo Bokutachi wa Mada Shiranai – zdecydowanie jeden z najdłuższych tytułów z jakimi się w życiu zetknąłem. Seria ta jest połączeniem “okruchów życia” z elementami nadprzyrodzonymi, które są jednak tylko wymówką do pokazania historii o dorastaniu. Widzimy jak zmieniają się stosunku między przyjaciółmi, którzy w dzieciństwie tworzyli nierozłączną paczkę, ale w pewnym momencie ich drogi się rozeszły, a wszystko to przy akompaniamencie pewnej widzialnej-niewidzialnej duszyczki. Ta ostatnia jest niestety powodem pewnych nieścisłości, ale nie będę się o tym rozpisywał, nie chcąc psuć przyjemności z oglądania osobom, które nie przepadają za spojlerami.
AnoHanę zdecydowanie polecam wszystkim, którzy potrafią docenić anime spokojniejsze, w których nacisk położony jest na klimat i uczucia bohaterów. Szczerze mówiąc sam zdziwiłem się, że tytuł ten tak bardzo mi się spodobał, szczególnie, że “reklamowany” był raczej jako dołujący. Guzik prawda.

Ao no Exorcist, czyli typowy shounen w dość porządnej oprawie. Seria bynajmniej nie zaliczająca się do wybitnych, co jednak zupełnie nie przeszkadza w odbiorze, jeśli dawno nie oglądało się niczego w tym stylu. Fabułą raczej sztampowa – główny bohater, oczywiście straszny nerwus, chce zostać egzorcystą mimo swojego pochodzenia. Jakiego? Tego dowiecie się, jeśli dacie Niebieskiemu szansę.

[C] The Money of Soul and Possibility Control, znane szerzej jako C. Z powodu idiotycznie wręcz krótkiego tytułu znalezienie materiałów dotyczących tego anime nie należy do rzeczy łatwych. Streszczenie fabuły przeczytać możecie sobie na podlinkowanym ANNie, od siebie dodam tylko, że spodziewałem się czegoś lepszego. Abstrahując od poziomu “wciągnalności”, który zależy zapewne od tego co kto lubi, strasznie irytuje mnie nadużywany, szczególnie w grupowych ujęciach cell shading, który w zamierzeniach twórców miał zapewne imitować ręcznie rysowane postaci. Cóż, nie wyszło, trójwymiar strasznie razi po oczach. Pomimo tego seria aspiruje raczej do bycia głębszą niż jest, ale możliwe, że przemawia przeze mnie moje znudzenie. Skończyć pewnie skończę, ale szału zdecydowanie nie ma – połączenie walk pokemonów i ekonomii zdecydowanie nie jest tym co uwielbiam.

Deadman Wonderland to kolejny shounen, różniący się od poprzedniego głównie natężeniem bycia serious business. Główny bohater oskarżony o wymordowanie całej klasy i zamknięty w klasycznym shounenowym więzieniu. Co charakteryzuje takie miejsce? Masa dziwnych zasad, zmuszenie więźniów do walk i tym podobne wymówki żeby pokazać fizyczną przemoc. Jeśli planujecie zabrać się za tę serię przygotujcie się na jedną idiotycznie zachowującą się bohaterkę, całkiem sporo śmierci i całe wiadra krwi. Podsumowując, to czasem niesmaczne, ale całkiem niezłe anime.

Dororon Enma-kun Meeramera to nowa wersja starszej serii o podobnym tytule, będąca czymś w rodzaju bajki dla dorosłych. Klimatem przypomina emitowanego w dawnych czasach na Polonii 1 Gigiego i aż kipi od seksualnych żartów od fanserwisu. Jest to pozycja bardzo specyficzna i z tego powodu dość ciężko mi ją ocenić. Z jednej strony poziom gagów i tego co wyprawia się na ekranie jest czasem żałośnie wręcz niski, ale zdarzają się chwile, kiedy całość błyszczy i daje się oglądać z uśmiechem na ustach.

Hanasaku Iroha mogłoby spokojnie rywalizować z AnoHaną, jeśli chodzi o pozytywne zaskoczenie, biorąc pod uwagę mój gust. Okruchy życia, czyli w tym przypadku przygody dziewczyny z miasta, która zmuszona przez różne okoliczności do pracy w ryokanie babci i musi nauczyć się radzić sobie z wynikającymi z tego trudnościami. Zdecydowanie nie brzmi to ekscytująco, ale zdradzę Wam, że oprócz przygód superbohaterów (Tiger & Bunny) to właśnie na nowe odcinki Hanasaku czekam co tydzień z największą niecierpliwością.
Na osobny komentarz zasługuje oprawa, która jest niestety bardzo nierówna. Z jednej strony genialna wręcz grafika, zdecydowanie najlepsza jaką widziałem w serii telewizyjnej, a z drugiej tragiczny, potworny i nie dający się słuchać opening. Czemu, ach czemu coś wyglądające tak dobrze nie może zaczynać się utworem miłym dla ucha…

Kami nomi zo Shiru Sekai II – bezpośrednia kontynuacja z poprzedniego sezonu. Keima – bóg galge zmuszony jest podbijać serca prawdziwych dziewczyn. Krótka piłka – seria trzyma poziom poprzedniczki i jeśli tamta przypadła Wam do gustu, zdecydowanie warto zapoznać się z sequelem.

Nichijou – abstrakcyjna komedia przywodząca mi na myśl głównie Azumangę. Jest to właściwie zlepek gagów, z których znaczna większość nie ma absolutnie żadnego sensu. Wydaje mi się, że to jeden z tytułów, które kocha się lub nienawidzi – jeśli jednak nie przeszkadzają Wam sceny podczas których nic się nie dzieje albo zachowania bez logicznego uzasadnienia, mające często zupełnie nieoczekiwane skutki, warto obejrzeć jeden-dwa odcinki. A nuż polubicie tę szaloną “codzienność”.

SKET Dance to ostatni shounen, który oglądam w tym sezonie. Z całej trójki wydaje się być jednak najbardziej nijaki, więc nie wiem jak długo będę go jeszcze ciągnął. Szkolne przygody grupy rozwiązującej przeróżne pojawiające się w szkole problemy począwszy od designu, a kończąc na żartach prezentują się dość nudno, ale może po obejrzeniu kilku odcinków więcej moje nastawienie się zmieni.

Steins;Gate – seria o tajemniczych organizacjach i mikrofalówce potrafiącej przesyłać wiadomości w przeszłość. Szczerze mówiąc widziałem dotychczas jedynie 3 odcinki i nie zostałem porwany przez geniusz twórców, ale czytałem, że z czasem robi się coraz ciekawiej, także na pewno nadrobię zaległości.

Tiger & Bunny jest dla mnie zupełnie niespodziewanym hitem sezonu. Genialne postaci sprawiają, że nie wybijającą się szczególnie historię o superbohaterach ogląda mi się bardzo przyjemnie. Ba, nie przeszkadzają nawet reklamy wykupione przez rzeczywiste firmy, widniejące na strojach bohaterów. Powiem więcej, pasują one do założeń serii, co jest moim zdaniem dość sporym sukcesem. Oglądać bez dyskusji.

Ciekawostka:
To, co powszechnie uważa się za róg Narwala jest w rzeczywistości jego… zębem.

Your Beautiful Mind

04 06 2011 23:41

Przed Wami aktualizacja niespodziewana jak hiszpańska inkwizycja z czwartej części Piratów z Karaibów. Tym razem tematem wpisu będą dwa filmy, które oglądałem w ciągu ostatnich paru dni:

Piękny Umysł – przyznam ze wstydem, że z opartą na faktach historią genialnego matematyka Johna Nasha zetknąłem się po raz pierwszy, chociaż dość sporo o niej słyszałem. Parę lat temu zespoilerowano mi między innymi główny nieoczekiwany zwrot fabuły, więc z seansu zniknął główny element zaskoczenia. Mimo to film podobał mi się, chociaż zwykle nie gustuję w tego typu smutnych i poważnych historiach, gdyż preferuję raczej lżejszą rozrywkę jeśli przychodzi o ruchome obrazy. Jedynym co mogę mu zarzucić jest długość. Odnoszę wrażenie, że spokojnie dałoby się skrócić go o przynajmniej pół godziny i nie wyrządziłoby to żadnej szkody przedstawionej historii, a nawet wyszło jej na dobre. Mimo tego, szczerze polecam ten tytuł wszystkim fanom dobrego kina, jeśli jeszcze go nie widzieli, co jest chyba jednak dość mało prawdopodobne.

Your Highness – tytuł ten ostatecznie spotka chyba podobny do Scotta Pilgrima los, to znaczy ominie on szerokim łukiem nasze kina. Czy to dobrze? Całkiem możliwe, że tak, gdyż wydaje mi się, że nie przyniósłby rodzimym dystrybutorom zadowalającego zysku.
Po Waszej Wysokości nie spodziewałem się cudów, gdyż już sam trailer w wersji nieocenzurowanej pokazuje, że mamy do czynienia z produkcją okraszoną humorem raczej niskich lotów:

Nie było aż tak źle jak się spodziewałem, chociaż bardzo żałuję, że zwiastuny zawierały tak dużo żartów – właściwy film bardzo na tym stracił, gdyż zabawnych scen poza tymi ujawnionymi wcześniej nie było zbyt wiele. Ogólnie jest to pozycja idealna dla osób mających ochotę na niewymagającą komedię, a jednocześnie potrafiących przymknąć oko na żałosne efekty specjalne i humor oparty głównie na żartach związanych z seksem i przeklinaniem. Fanów Natalie Portman Your Highness być może zainteresuje informacja, że rola aktorki w tym filmie, przynajmniej według mnie, była o niebo lepsza od tej z Thora.

Ciekawostka:
W Afganistanie mieszka tylko jeden Żyd – Zebulon Simantov.