logo
 

Hell, it’s about time!

29 07 2010 23:05

Ponieważ kilka osób pytało mnie o wrażenia ze StarCrafta II postanowiłem wychodząc naprzeciw ich oczekiwaniom trochę rozpisać się na temat najnowszego hitu Blizzarda.

Większość z Was zapewne kojarzy pierwszą część przynajmniej ze słyszenia – tak, to ta śmieszna gra będąca w Korei (Południowej) praktycznie sportem narodowym i z której wzięło się określenie Zerg rush. Żeby dłużej się nad sprawą nie rozwodzić – to SC1, a to SC2.

Na początku chciałbym odpowiedzieć na krytykę, z jaką spotkało się rozbicie kampanii na trzy gry, po jednej dla każdej z ras. Otóż w pierwszym StarCrafcie łącznie mieliśmy 30 misji, tutaj jest ich 29. Tyle jeśli chodzi o zarzuty na temat krótszego czasu gry. Same etapy są bardzo zróżnicowane i bardzo rzadko sprowadzają się do “zabij przeciwników”. Raz na przykład musimy pozbywać się Zergów w dzień, a w nocy bronić bazę, a w innej planszy trzeba z kolei poruszając się małym oddziałem zniszczyć kilka określonych budynków, uważając by nie zostać zauważonym.

Jeśli graliście w kampanię w WarCrafcie III, poczujecie się jak w domu. Zadania wyglądają podobnie, tyle że bez ekwipunku i zdobywania przez bohaterów poziomów. Co prawda nie skończyłem jeszcze wszystkich misji, ale ponoć przejście kampanii za pierwszym razem w normalnym tempie zajmuje jakieś 16-20h. Patrząc na to, ile poświęciłem na to dotychczas czasu, jestem w stanie bez problemu w te liczby uwierzyć.

Misje to jednak nie wszystko – w nowym StarCrafcie bardzo duży nacisk położono na tak zwaną “meta-grę” – pomiędzy poszczególnymi mapami poruszamy się po statku rebeliantów – Hyperionie, w stylu przygodówki point’n'click. Można wtedy wydać zarobione kredyty na wynajęcie najemników, których przyzwać można korzystając z odpowiedniego budynku oraz zakup upgrade’ów. Najciekawsze jest jednak laboratorium – w trakcie trwania kampanii zdobywa się punkty technologiczne Zergów i Protosów, które można przeznaczyć na ciekawe wynalazki, jak na przykład nowe jednostki, czy też automatyczne rafinerie. Co 5 punktów wybrać można jedno z dwóch ulepszeń. Drugie przepada – trzeba się więc dobrze zastanowić, co może się nam bardziej przydać.
Najzabawniejsza z kolei jest kantyna – oprócz wspomnianego kupowania najemników można posłuchać muzyki z szafy grającej (zawiera między innymi Sweet home Alabama), a także zagrać na automacie w strzelankę Lost Viking (gdzie bossem jest stworzony na potrzeby żartu prima-aprilisowego Terra-Tron).

Kiedy już przejdzie się kampanię można pobawić się w zdobywanie całej masy dostępnych achievementów, które oprócz satysfakcji otwierają dostęp do nowych portretów do trybu multiplayer. O nim nie mam zamiaru się rozpisywać, bo robiłem to już chyba dwa razy wspominając o becie. Ot, stary dobry StarCraft z całkiem niezłym systemem znajdywania przeciwników. W dalszym ciągu idzie mi raczej kiepsko, ale z Vodhem udało nam się wczoraj po wielu trudach dostać do srebrnej ligi (druga od końca) w rozgrywkach 2 vs 2:


Avatar za obejrzenie 10 wiadomości telewizyjnych między misjami – wybrałem ten, żeby siać postrach w sercach noobów.

Podsumowując, nie żałuję ani złotówki wydanej na StarCrafta II – żadna gra, a szczególnie RTS dawno tak mnie nie wciągnęła. Poza tym cieszę się z tego rozbicia gry na trzy mniejsze – multiplayer i tak dostępny jest “cały”, pierwszy dodatek według wstępnych szacunków pojawić się może dopiero za 18 miesięcy. Jeśli ma być tak dopracowany jak Wings of Liberty, czekam z niecierpliwością. Jeśli zaś chodzi o cenę pozostałych części, to z artykułu podlinkowanego wcześniej wynika, że mają kosztować tyle co dodatki, a nie pełnoprawne gry.

Ciekawostka:
Pierwsza część StarCrafta została wydana na Nintendo 64. A skoro mowa o rzeczach związanych z tą grą – może zainteresuje Was filmik z wersji japońskiej.

PS: Jeśli macie konta Aiona i chcielibyście sprawdzić jak wygląda gra po połączeniu serwerów i wprowadzeniu patcha 1.9, będziecie mieli okazję zrobić to za darmo od jutra do poniedziałku. NCSoft włącza na ten okres konta wszystkim byłym graczom, a do tego mnoży dwukrotnie zdobywane wtedy doświadczenie.

Troje Wspaniałych

26 07 2010 20:12

Tym razem dwie gry i serial.

Najpierw jednak wydarzenia mniej więcej bieżące, chociaż w tej kategorii od początku wakacji kompletna posucha. Dwa razy wybrałem się do dentysty i mam nadzieję, że to zapewni mi spokój z zębami na najbliższy rok. Do tego w dalszym ciągu, z rosnącą niecierpliwością czekam na wyniki z ambasady i chociaż w dalszym ciągu jestem praktycznie pewien porażki, jednak robię sobie nadzieję. Tyle z bułki z serem, przejdźmy do meritum.

StarCraft II

Już za parę godzin premiera najbardziej wyczekiwanego RTSa ostatnich lat. Osobiście nie mogę się doczekać swojego klucza (zamówiony na keye.pl, jeśli komuś nie zależy na pudełku polecam uderzać tam – koszt tej przyjemności to 147 zł), który powinien pojawić się w skrzynce mailowej w okolicach północy.
W razie gdyby kogoś ominęła ta informacja – nawet kupując polską wersję pudełkową, możliwe jest granie po angielsku – należy jedynie ściągnąć znajdującego się tu klienta w odpowiednim języku.

Pisałem to już kiedyś, ale powtórzę raz jeszcze – nie lubię strategii. Nigdy nie potrafiłem efektywnie wprowadzać wydumanych taktyk w życie i poza paroma klasykami jak Red Alert, StarCraft 1, Warcraft III etc. z którymi miałem dość krótką styczność (zwykle w okolicach premiery), starałem się trzymać od tego gatunku z daleka. Mam wrażenie, że drugą częścią SC również bym się nie zainteresował, gdyby nie otrzymany od SkyAce’a buddy key (za który jeszcze raz chciałbym podziękować), po którego wykorzystaniu mogłem stoczyć wiele niezapomnianych gier, wraz z mocarną ekipą składającą się głównie z anba, Deepa, teuza, Vodha (kolejność alfabetyczna) i okazyjnie wspomnianego wcześniej SkyAce’a oraz Lilii (której bloga nie będę linkował dopóki go po raz bodaj piąty nie wskrzesi – to samo dotyczy Vodha).
Fakt, zwykle przegrywaliśmy, ale i tak bawiliśmy się całkiem dobrze. No, chyba że graliśmy akurat przeciwko drużynom ze zdobycznymi avatarami, które często wystarczyły, by mocno naruszyć nasze morale.

Mam nadzieję, że gra szybko stanieje, aby więcej znajomych osób dołączyło do retaila. W końcu im nas więcej tym weselej. Na zachętę, ostatni (i zdecydowanie najlepszy) trailer.

Friends

W ramach czekania na premierę powyższego tytułu, skończyłem wreszcie 10 i zarazem ostatni sezon Przyjaciół. Muszę przyznać, że był to najlepszy serial jaki w życiu widziałem. Humor może nie zawsze najwyższych lotów, ale co z tego, skoro zwykle co parę minut wybuchałem głośnym śmiechem. Genialne dialogi oraz ciekawe perypetie grupy głównych bohaterów pozwoliły mi bardzo zżyć się z postaciami. Chociaż całość miała słabsze momenty i wątki, potrafiące trwać nawet kilka odcinków, mimo to mogę z czystym sumieniem polecić Przyjaciół wszystkim fanom komedii.
O tym, jak bardzo seria ta mi się podobała może świadczyć fakt, że nie mogę doczekać się obejrzenia odcinka “za kulisami” – zwykle nie chce mi się na takie niekanoniczne rzeczy tracić czasu.

Edit: Zapomniałbym dodać. Chandler rządzi.

Red Dead Redemption

RDR określa się jako “GTA na dzikim zachodzie” i trzeba przyznać, że stwierdzenie to najlepiej chyba opisuje ten tytuł. Najnowsze dziecko odpowiedzialnej za symulatory przestępcy firmy Rockstar nie miało w naszym kraju (a jeśli chodzi o ścisłość – w całej Europie) gładkiego startu. Ponoć z powodu zatonięcia statku z kopiami gry, wersja na PS3 bardzo długo nie była dostępna w normalnej sprzedaży i osiągała na Allegro ceny rzędu 219 zł. Na szczęście w ostatniej chwili złożyłem swój preorder, więc mogłem cieszyć się RDR w dniu premiery, przez całe dwie godziny – potem wróciłem do nauki sesyjnej, a interaktywny western powędrował na półkę, gdzie do niedawna łapał kurz.

Czemu w ogóle zainteresowałem się tym tytułem? Nie lubię sandboxów, a fakt że pakują je ostatnio wszędzie gdzie się da nie sprawi raczej, że szybko się to zmieni. Do tego westerny zawsze mnie nudziły – nie byłem w stanie wysiedzieć przy nich więcej niż 10 minut bez ziewania. Okazało się jednak, że jestem bardzo podatny na hype i przedpremierowy szał złapał mnie w swe sidła. Perspektywa multiplayera przemierzania stepów Ameryki wraz z grupą znajomych w trybie Free Roam, gdzie można zmierzyć się z gangami NPCów albo grupami innych graczy ostatecznie przekonała mnie do zakupu.
Czas mijał, hype opadł, a ja wróciłem do RDR chyba tylko po to, żeby pograć razem z teuzem, który parę dni temu sam zaopatrzył się w płytę z przygodami Johna Marstona (główny bohater trybu dla jednego gracza). Jako, że nie samym multiplayerem człowiek żyje, postanowiłem popchnąć do przodu fabułę singla i okazało się, że gra jest dużo lepsza niż się spodziewałem.

Grafika pod względem jakości nie robi może oszałamiającego wrażenia – niska rozdzielczość podczas grania na ustawionym dość blisko monitorze jest bardzo widoczna. Do tego, jak to zwykle w tak rozbudowanych tytułach bywa, wszędzie pełno jest przeróżnych glitchy – obiekty znikają, postaci blokują się w przejściach, często mają miejsce dziwne przeskoki itd. itp.
Mimo to, kiedy człowiek wjedzie na położony wysoko punkt i spojrzy na rozciągający się przed oczami krajobraz, widok aż zapiera dech w piersiach. Poboczne zadania, zarówno te generowane losowo jak i te “zwykłe” skutecznie odciągają od właściwej rozgrywki – ile razy zatrzymałem się na trasie, bo kogoś porwano/rabowano/był atakowany przez wilki (to ostatnie zdarzyło się także mi – z krzaków wyleciało całe stado i gdyby nie grupka podróżnych, w stronę których uciekłem, musiałbym ładować ostatniego save’a). Niestety w sytuacjach, gdy trzeba pomóc jednej z dwóch grup ludzi, często nie potrafię odróżnić atakowany od atakujących – szczególnie jeśli obie strony zajęte są wymianą ognia. Zwykle wtedy atakuję “tych dobrych”, a przez co spada mi wskaźnik honoru.

Multiplayer, będący powodem ponownego zainteresowania grą, również prezentuje się znakomicie. O ile wspomniane wcześniej wspólne przemierzanie prerii nie okazało się tak ciekawe jak przypuszczałem, a wszelkie deathmatche również mnie nie bawią, tryb kooperacji potrafi dać naprawdę dużo frajdy. Wspólna ucieczka dyliżansem, kiedy jeden z graczy prowadzi, a drugi ostrzeliwuje nadjeżdżających zewsząd napastników (we dwóch jest zdecydowanie ciężej niż w czwórkę) lub obrona atakowanego przez przestępców domu po uprzednim zinfiltrowaniu go na długo zapadają w pamięć.

Podsumowując, jest to naprawdę solidny tytuł, a dla fanów westernów/sandboxów pozycja wręcz obowiązkowa.

Ciekawostka: (by Rynn)
YouTube od pewnego czasu posiada bardzo ciekawą funkcję, o której nie wie większość użytkowników. Jesteście ciekawi cóż to takiego? Wykonajcie poniższe kilka kroków, a się przekonacie:
1. Włączcie jakikolwiek film, wykorzystujący nowy player.
2. Kliknijcie gdzieś w środek paska postępu, żeby pokazało się kółko przewijania.
3. Kliknijcie na okno filmiku kursorem (żeby focus nie był na wspomnianym pasku) i naciśnijcie którąkolwiek strzałkę na klawiaturze.

Recap #2

08 07 2010 18:18

A oto zapowiadana ostatnio druga część (przed)wakacyjnego podsumowania.

Bułka z serem

Remont trwa w najlepsze. Na szczęście wszystko wskazuje na to, że do końca tygodnia wszystko będzie gotowe. Nie mogę się doczekać, kiedy będę mógł w końcu normalnie poruszać się we własnym domu.
Poza tym byłem dziś u fryzjera i w końcu nic nie wpada mi do oczu. To jest zdecydowanie wakacyjne to.

Anime

Po dość słabym sezonie wiosennym nadszedł tragiczny letni. Najpierw jednak krótkie podsumowanie tego pierwszego.

Niestety skończyła się Durarara!!, którą polecam zobaczyć absolutnie wszystkim, chyba że macie poważną alergię na anime. Co prawda akcja rozkręca się dość powoli, ale kiedy nabierze tempa, ciężko się od tego tytułu oderwać. Na szczęście materiału źródłowego zostało dość dużo – biorąc pod uwagę popularność serii, kontynuacja jest wcale prawdopodobna.
Jeśli chodzi o inne “niezłe” tytuły, przychodzą mi do głowy jedynie Working!! (nie wiem co im odbiło z tymi wykrzyknikami) oraz Kaichou wa Maid-sama!. Reszta prezentowała się (dla mnie) raczej kiepsko – B Gata H Kei i Ichiban Ushiro no Daimaou przestałem oglądać mniej więcej w połowie, kiedy to zrobiły się tak nieśmieszne, że aż nudne. K-ON!! co prawda zacząłem, ale prawdopodobnie nadgonię dopiero, gdy będzie mi się bardzo nudziło. Do anime o niczym trzeba mieć odpowiedni nastrój.

A co w lecie? Najprawdopodobniej śledzić będę Ookami-san to Shichinin no Nakamatachi, ze starszą (wyższą?) wersją Taigi w roli głównej. Na razie jestem po pierwszym odcinku i ciężko powiedzieć mi coś ponad to, że się nie wybija, ale nie jest też tragiczne. Może jeszcze dziś sprawdzę, co prezentuje odcinek drugi. Poza tym planuję dać szansę Amagami SS, Legendzie Legendarnych Bohaterów (cały czas mam nadzieję, że tytuł ma być prześmiewczy) i Occult Academy. Nie wróżę jednak temu sezonowi zbyt dużych szans u mnie – dobrze, że mam jeszcze 5 serii Friendsów do obejrzenia.

Gry

W końcu skończyłem Warcrafta III i Frozen Throne. Misje w dodatku zdecydowanie były ciekawsze, chociaż przy tych RPGowych wychodziło bardzo, że W3 to strategia i niezbyt nadaje się do chodzenia paroma postaciami po lochach. Tym niemniej jednak czasu poświęconego grze nie żałuję. Szkoda tylko, że końcówka dodatku była zdecydowanie mniej epicka niż ta w podstawce.

Udało mi się również przejść otrzymanego za darmo podczas promocji na Steamie Portala. Tak, wiem że późno. No ale co na to poradzę. Całość udało mi się ukończyć w 2h, co jest chyba całkiem niezłym czasem. Na Portala 2 co prawda nie mam strasznego hype’u, ale pewnie zainteresuję się nim, kiedy już wyjdzie. Coop na 2 graczy brzmi smakowicie.

Postanowiłem dać też kolejną szansę pierwszym dwóm częściom trylogii Mass Effect, szczególnie że pojawiły się one w całkiem przystępnych cenach na Steamie i EA Store.
Tym razem wybrałem snajpera i doszedłem minimalnie dalej niż poprzednio (grałem mniej więcej 30 minut). Gra jednak nie poleciała z dysku i na pewno przed końcem wakacji jeszcze do niej wrócę.

…Oby bardziej skutecznie niż do Wiedźmina. Wczoraj odpaliłem naszą rodzimą produkcję z zamiarem zakończenia trzeciego (drugiego?) rozdziału, ale zorientowałem się, że zupełnie nie wiem, co powinienem zrobić i w jakiej kolejności gdzie iść. Dziennik trochę rozjaśnił sytuację, ale nie na tyle, żebym grał dalej.

Skoro jestem przy grach RPG – zdecydowałem wrócić także do rozgrzebanej 13 części serii Final Fantasy. Przywitało mnie parę mozolnych godzin chodzenia po identycznych wręcz korytarzach, przerywanych co chwilę walką z jednym z czterech typów przeciwników. Wynudziłem się jak mops i przy grze trzymała mnie jedynie perspektywa dotarcia do przepastnych równin Gran Pulse. Kiedy w końcu udało mi się tam trafić, faktycznie byłem pod wrażeniem, ale… No właśnie – ogromny teren, po którym trzeba biegać godzinami, jeśli chce się trochę podlevelować postacie i zrobić opcjonalne misje. Przypomina mi to trochę moment, w którym rzuciłem FF X, bo nie chciało mi się bawić w grind i “levelowanie” polegające na przechodzeniu o jedno pole dalej na sphere gridzie co kilka walk. Oby udało mi się przynajmniej tego Finala skończyć, bo dotychczas większość zostawiłem rozgrzebaną z różnych przyczyn.

A ponieważ już mówimy o zombie (?), chciałem polecić wszystkim Left 4 Dead 2, czyli FPP coop zombie survival dla 4 graczy autorstwa Valve. Złapałem okazję podczas niedawnej Steamowej promocji i nie zawiodłem się. Gra się bardzo… nietypowo. Szczególnie jeśli porównać ten tytuł do “normalnych” gier FPP. Nie zmienia to jednak, że beztroska wyrzynka zombie, szczególnie prowadzona wspólnie ze znajomymi sprawdza się znakomicie jako odstresowywacz.

Wracając na chwilę do gier RPG – z okazji niedawnej premiery Demon’s Souls w Europie wymieniłem moją wersję US na wydaną u nas. Nie miałem na razie ochoty zbytnio zagłębiać się w nią podobnie, ale zważywszy na to, że to chyba najlepsze action RPG w jakie grałem, zapewne szybko zmienię ten stan rzeczy.

Niedawno została również podana do publicznej wiadomości data wydania nowego MMORPG ze stajni Square-Enix, czyli Final Fantasy XIV – wersja kolekcjonerska ma być dostępna sprzedaży od 22.09, a zwykła 30.09 tego roku. Obie daty dotyczą wersji PC, gdyż zapowiadana konsolowa będzie miała małego laga i prawdopodobnie wydana zostanie dopiero w marcu 2011. Beta (na którą nie dostałem jeszcze zaproszenia) rozpoczyna się w najbliższą sobotę.
To chyba obecnie ostatnie MMO z jakim wiążę nadzieję na wciągnięcie mnie w przynajmniej 1/10 tego, co udało się kiedyś Ragnarokowi. Guild Wars 2 fakt, zapowiada się całkiem ciekawie i ponoć ma nie mieć abonamentu, ale jedynka jakoś niezbyt przypadła mi do gustu.
Jeśli o inne tytuły chodzi, Star Wars: The Old Republic na razie wygląda tragicznie. Walki są strasznie drętwe i chyba tylko fabuła jest w stanie uratować tę grę. Z kolei Warhammer 40k: Dark Millenium o ile na trailerze prezentuje się ciekawie, ma mieć premierę dopiero za 3-4 lata, a z zapowiedzi wynika że można spodziewać się kolejnego instancjonowanego klonu WoWa.
A skoro już pojawił się temat WoWa – wspólne granie, które zapowiedziałem w jednym z poprzednich wpisów niestety ostatecznie nie doszło do skutku. Połowa ekipy (w tym niestety ja) się wykruszyła z przeróżnych powodów i koniec końców z poważnym powrotem do gry poczekamy chyba na Cataclysm. Jeśli zdąży przed FF XIV.

Na zakończenie jeszcze jedna informacja, szczególnie interesująca dla osób posiadających betowe konto StarCrafta II. Druga faza oficjalnie ruszyła dziś rano. Co prawda europejskie serwery w dalszym ciągu leżą, ale patrząc na ilość błędów, z którymi zmagają się amerykańscy gracze, zamiast narzekać, lepiej mieć nadzieję, że jak najszybciej dostaniemy wersję w pełni działającą.

Ciekawostka:
Tygrys ma tak szorstki język, że jest w stanie zlizywać nim farbę z budynków.

Recap #1

05 07 2010 13:29

Dziś pierwsza część notki podsumowującej wydarzenia od poprzedniej notki do chwili obecnej, zawierająca Bułkę z serem (czyli wydarzenia ogólne), Seriale i Książki. W najbliższym czasie postaram się napisać kolejną, obejmującą Gry i Anime. Kolejne wpisy powrócą do nowej formy, czyli jedna notka ~ jeden temat.

Bułka z serem

Sesja po raz kolejny zakończona sukcesem. Wszystko zaliczone w pierwszym terminie, część nawet zaskakująco dobrze. Ale i tak najważniejsze, że już po wszystkim i przez następne trzy miesiące będę mógł na spokojnie odpoczywać. Co prawda na początku sierpnia pojawić mają się wyniki egzaminu na stypendium do Japonii, ale do tego jeszcze daleko. Powrót do domu przebiegł bez zakłóceń i poprzedzony był bardzo przyjemnym cyklem spotkań ze znajomymi i wspólnych wypadów. A propos tych ostatnich – 16 minut na gokartach to dla mnie zdecydowanie za dużo.
Niestety nie udało mi się całkowicie ominąć remontu w mieszkaniu, który miał być według pierwotnych planów zakończony w połowie lipca. Jutro czeka mnie pomoc przy składaniu szafek, a po środzie zapewne jeszcze od groma przenoszenia rzeczy. Dobrze, że przynajmniej zapowiada się ochłodzenie – praca fizyczna, kiedy nawet w środku nocy w mieszkaniu jest 30 stopni, to zdecydowanie mała przyjemność.

Seriale

Owszem, często zarzekam się, że nie lubię oglądać seriali. Ominął mnie szał na House’a, Lost, Prison Break, Dextera i wiele innych. Są jednak takie produkcje telewizyjne, na które lubię poświęcać swój czas. Mowa tu o dobrych komediach. Jestem na bieżąco z The Big Bang Theory, które zresztą bardzo polecam.
Z powodu wakacyjnej przerwy tegoż, postanowiłem znaleźć nowy czasopochłaniacz, przy którym można się rozluźnić. Wybór padł na znany zapewne wszystkim sitcom Przyjaciele. Aktualnie oglądam końcówkę czwartego sezonu i przyznam, że jest to najlepszy serial, z jakim dotychczas miałem styczność. Jeśli ktoś (jak ja) ma tak karygodne braki, najlepiej zająć się nimi jak najszybciej.

Poza tym zainteresowałem się miniserią internetową The Guild, którą również mogę z czystym sumieniem polecić osobom, którym granie jest nieobce. Jeśli przy okazji graliście kiedyś w jakieś MMO, tym bardziej powinno się Wam spodobać. Na razie “wyemitowane” zostały 3 sezony, a 4 będzie miał premierę w połowie czerwca. Szkoda, że w pierwszej kolejności nowe odcinki udostępniane są płatnymi kanałami. Mam nadzieję, że szybko legalnie trafią na YouTube.

Książki

Nie miałem co prawda zbyt dużo czasu na czytanie czegokolwiek poza podręcznikami i notatkami, ale w tak zwanym międzyczasie udało mi się pochłonąć całego Pana Lodowego Ogrodu, Wiedźmę Opiekunkę cz. 1, a także zacząć wydane w końcu po angielsku w miękkiej oprawie Unseen Academicals.
Po kolei więc.

Pan Lodowego Ogrodu to cykl książek o bardzo specyficznym klimacie. Zdaje się, że na początku bliżej mu do science fiction, z powodu całej dostępnej głównemu bohaterowi technologii, ale całość bardzo szybko zaczyna przypominać bardziej połączenie fantasy z horrorem. Na razie dostępne są pierwsze 3 tomy, ale z wywiadów z autorem wynika, że 4 ma zakończyć historię. Jeśli by wyciągać wnioski z obecnego cyklu wydawniczego, można się go spodziewać za około 2 lata.

Z Wiedźmą sprawa jest o tyle zabawna, że wydana niedawno część cyklu to tak naprawdę pierwsza połowa drugiego tomu. Czemu u nas została wydana jako trzecia z kolei? Ot, winna jest polityka szatkowania przez Fabrykę Słów “zbyt grubych” książek. I tak zamiast, by poznać całość przygód Wolhi trzeba będzie zamiast 3 tomów kupić 6. Podobny los spotkał niebieski księżyc oraz kontynuację Siewcy Wiatru.
Wracając jednak do Wiedźmy, o ile pierwszy tom był całkiem niezły, to 2 i 3 prezentują moim zdaniem zdecydowanie niższy poziom. Cóż, skoro ja kupiłem pierwsze trzy i pożyczyłem Crys, z następnymi będzie odwrotnie.

O nowej powieści Pratchetta nie jestem jeszcze w stanie powiedzieć zbyt wiele, gdyż lekturę dopiero zacząłem. Zapowiada się jednak, że będzie zabawnie jak zwykle.

Kiedy skończę, planuję w ramach letniego relaksu przeczytać Trylogię Czarnego Maga z przyległościami. Mam nadzieję, że spełni moje oczekiwania.
Poza tym trzeba będzie wreszcie wziąć się za te wszystkie light novels, szczególnie jeśli faktycznie chcę pisać o nich pracę magisterską (a chcę). Życzcie mi powodzenia.

Ciekawostka:
Konie nie potrafią oddychać przez usta, więc kiedy zatkają im się nozdrza, mogą nawet umrzeć przez uduszenie.

Zapytania:
co zrobić aby wszystko odblokować w rollcage Ktoś w to jeszcze gra…?
aktywność wulkanu eyja 5 maja
zmutowane potwory gry
brrr… w sensie blog
co można zrobić żeby simsy 1 były po polsku a nie po angielsku Kupić polską wersję, a nie angielską.
co to znaczy attention required
demon’s souls trudne Oj trudne.
drozdzówki z budyniem youtubie dotMemories, twoje źródło drożdżówek z budyniem youtube.
gra spóźniona dziewczyna
jak zdobyc miecz siedmiu last remnant
jak zjesc w sims2 na psp
jak zrobic falszywe prawojazdy na komputerze
jak zrobić potwora z simsa
jak zrobić wykształcenie wyższe?
jakim byłbym simsem?
lalki reborn allegro historia
liczba oczek w kartach to ilosc dni w roku
maltretowanie ludzika gra
o czym jest durara O Ikebukuro.
osu tatakae ouendan jak szybko kręcić Szybko ruszać ręką.
pistolet na strzałki usypiające gdzie kupić
plan pracy magisterskiej o japonii
studenckie wiersze o sesji
streszczenie emo to tylko więcej niż ubiór To ubiór i łzy.
tragiczne blogi emo
tta gry gdziemoznakupic jakim sklepie
zabójstwo z afektu praca licencjacka
zabójstwo z afektu praca magisterska
zmierzch skanlacja
zrywanie paznokcia cena Refundowane przez NFZ.
“jak z knura zrobić laptopa